Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Słów parę o moim pisaniu wierszy

Autorem artykułu jest AROKIS



Fraszka o dolegliwości trawiennej poety.
Wypróżniłem się w limeryku.
I po krzyku.
17.09.2009r.
2245

Ostatnio mnie Vena częściej nachodzi. Co i raz coś piszę. To dobrze, bo bywa tak, że jak mi głos odbiera to na dobre i na dłużej. To ciekawe, jak to właściwie działa, że przychodzi, odchodzi, czasem niby jest, a nie daje się wyartykułować. To znowu samo płynie jak woda z kranu, aż trudno nadążyć za myślą długopisem, jakbym notował szybkie dyktando. Kto to dyktuje? Co to dyktuje? Jaki jest mechanizm tworzenia? Dlaczego jeden potrafi, a inny nie? Geny? Palec Boży? A może jakieś coś inne? Taki np. duch-kosmita albo podpowiadacz z innego wymiaru, ze świata równoległego?... Nie raz sam siebie pytam i nikt mi nie odpowiada. Ja wiem: nie pytaj siebie tylko kogoś mądrego. Zapytałem raz. Był poważnym profesorem. Polonistą. Wykład był długi, zawiły, skomplikowanie filozoficzny i zamiast mi coś rozjaśnić, to jeszcze bardziej zabełtał umysł pogłębiając me niezrozumienie. I tak wyjaśnienie zamiast się zamknąć w rzeczy samej utkwiło obok. A ja nadal pozostałem niezaspokojony, ze swoimi pytaniami, niepewnościami i teoriami niczym nie popartymi. To trochę tak, jak pływanie na materacu dmuchanym po morzu: nie ma żadnych punktów odniesienia, wokół tylko woda i fale, a wiatr mnie spycha w jakimś nieznanym mi kierunku. Niby wiem gdzie jestem - na morzu, a konkretnie na materacu. Ale jednocześnie nie wiem gdzie jestem. Tak mniej więcej wygląda moje odczucie, że jestem poeta. A może raczej wierszokletą...

A Pani Vena kapryśnie przychodzi, odchodzi, kusi, rozbłyskuje pomysłem, by za chwile rozwiać go niby dym i pozostawić gdzieś we mnie, w środku, jakieś takie wrażenie czegoś nieuchwytnego, co przemknęło tak szybko, iż nawet tego nie zdążyłem dokładnie dostrzec. I wówczas odczuwam niedosyt, żal utracenia czegoś, czego nie umiem nawet określić. Ale poczucie straty jest bardzo wyraźne.

Właściwie nie zdarza mi sie usiąść nad białą kartka papieru, wziąć długopis, patrzeć w tę biel i kombinować na sile - a nuż cos napiszę?... Zwykle przychodzi mi do głowy pomysł, który już od pierwszej chwili rymuje się, dźwięczy, pulsuje swoim rytmem. Myśl pociąga za sobą następną i następną. Większość wierszy pisze mi się jakby sama. I to bez względu na ich długość czy formę. Niejednokrotnie jestem sam zaskoczony tym, co napisałem. Czy umiem to wyjaśnić? No właśnie nie.

Czy piszę o tym, by stać się bardziej dziwnym i tajemniczym? Żeby podbechtać czytelników? Też nie. Pod publiczkę? Tym bardziej nie! Dlaczego więc o tym mowię? Bo szukam sam dla siebie wyjaśnienia. Po co? Nie wiem. Może z ciekawości? Może mam w sobie żyłkę odkrywcy? A może po prostu jestem skretyniałym staruszkiem, któremu się coś-tam roi w sklerotycznej, siwej główce. Ma dziadek logoreę, czyli gonitwę myśli. Myśli, że myśli i te myśli rozbiegają mu się po tych niezwapnionych resztkach mózgowych komórek, potykają się o synapsy, plączą w meandrach szarej substancji i za cholerę nie dają się zebrać w logiczna kupkę. Czyli: nie ma kupki - nie ma myślenia i zrozumienia. Taki los staruszka jest chyba. I w ten sposób tyrada o wzniosłej poezji zniżyła się do poziomu sedesu i doprowadziła do spotkania ze zwykłą codziennością, która niespecjalnie ładnie pachnie. Jednym słowem jeszcze tylko parę wierszy i czas będzie zakupić pampersy... Ale na razie proszę potraktować tę całkiem nie poetycką rozprawkę jako zapowiedź pojawienia się na rynku moich dwóch tomików wierszy. Rymowanki zwykle uspakajają, wyciszają, odrywają nas od męczącej codzienności i pozwalają zerknąć w duszę bliźniego. A czasem zmuszają do pomyślenia, zamyślenia. Albo po prostu dają uśmiech. I to jest w nich chyba najcenniejsze. Bo nawet słabszy wiersz może komuś dać echo wspomnienia lub wzbudzić w środku coś, co zadawało się, że już dawno umarło.

---

ANDRZEJ AROKIS

www.domowezwierzadko.blogspot.com

kwatermistrz@poczta.onet.eu

środa, 7 marca 2012

Tajemnice oceanów – skąd tyle wody ?

Autorem artykułu jest AROKIS



Zaczęło się tak dawno, że nie pamięta tego żadne żyjące stworzenie, ani żaden z jego przodków. Przypuszczalnie pamiętają to niektóre skały. Jednak ich odnalezienie to bardzo trudne zadanie. Bo wszystko zaczęło się około 5 miliardów lat temu. A może nawet więcej. Bo w różnych krajach ta wielkość jest inna.

Otóż w Rosji, USA, Francji i krajach płd. Europy miliard to tysiąc milionów czyli bilion. W Polce, Anglii, Niemczech bilion to milion milionów czyli tysiąc miliardów. Lecz w skali kosmicznej i jedno i drugie to tylko ulotna chwilka.

Teraz spróbuję to opowiedzieć, gdyż odpowiedź na pytanie zawarte w tytule będzie niepełna jeśli nie dowiemy się, jak powstawała nasza Planeta. Bo historia powstania oceanów jest historią powstania Ziemi i Życia.

Czy wiesz, co to jest rezonans czyli drganie? To niewidoczna siła sprawcza mogąca poruszyć wszystko tak w mikroskali, jak i w kosmicznej. Jak działa takie przekazywanie sobie drgań? Przykład: huśtawka. Jeśli za każdym razem będziemy popychali ją z tą samą siłą, gdy znajduje się ona przed nami w najwyższym punkcie swego wychylenia, to rozbujamy ją tak, że w końcu wykona ona pełny obrót. Lecz jeśli nadal będziemy ją popychać, to siła odśrodkowa tak będzie zwiększać jej ciężar, że w końcu zerwie ona swoje przyczepy i wystrzeli przed siebie po linii stycznej do koła jakie zataczała. Jasne? Nasze drgania (popychania) wprawiają w drgania (huśtania) inny podmiot (huśtawkę) przez co zwiększamy jego drgania nie zwiększając naszych.

Nasze Słońce krążyło wówczas po swojej orbicie to zbliżając się to oddalając wobec sąsiednich. W stałym rytmie ulegało przyciąganiom lub odpychaniom. W tym rytmie jego rozżarzona kula zmieniała coraz to bardziej kształt od „piłki futbolowej” do „piłki rugby” . A ta druga coraz bardziej stawała się wydłużona. Aż w końcu, około 5 miliardów lat temu, ognista kula gazów oderwała się od Słońca i popędziła wirując w kosmos. Grawitacyjne pola już istniejących obiektów kosmicznych, o przepotężnej sile, złapały ją w swoją sieć, zagięły tor podróży i uformowały drogę eliptyczną. Ognista kula krążąca po elipsie powoli stygła. W tym procesie, nieuchronnym było rozpoczęcie skraplania się gazów i planeta stawać się zaczęła płynną, coraz gęstszą masą. Burze trwały nieprzerwanie. Wyładowania magnetyczne, elektryczne, wybuchy łączących się lub rozpadających związków gazowych (wodór + tlen = woda, sic!). Jak każda substancja, tak i ta „wirująca eksplozja” składała się z różnych pierwiastków. Najcięższe tonęły, by znaleźć się w środku masy (żelazo). Nieco lżejsze otoczyły to jądro. Jeszcze lżejsze utworzyły powłokę całości. Zaś najlżejsze, lotne, zatrzymały się ponad powłoką, lecz nie uleciały wyżej, ponieważ przyciągała je masa całkowita planety, wokół której się kłębiły. Cały ten proces trwał bardzo wiele milionów lat. Tak powstawał nasz układ słoneczny i cała reszta planet. W tym Jowisz. Gazowy olbrzym naszego układu słonecznego.

Czemu o tym mówię? Bo tu znów muszę wrócić do sprawy rezonansu. Ziemia porusza się po małej orbicie – jest trzecia w oddaleniu od Słońca. Jowisz po znacznie większej – jest piąty. Mając masę równą 1/1047 masy Słońca (dla porównania Ziemia ma 1/333432) obiega je w czasie 11 lat i 315 dni. Nasza planeta wykonuje pełny obieg w 365 dni i 6 godzin. A więc wychodzi na to, że w czasie jednego obrotu Jowisza nasza Ziemia zbliża się do niego blisko 12 razy! W takiej częstotliwości półpłynna masa była „rozhuśtywana” z ponad 318 razy większą siłą grawitacyjną wielkiego sąsiada. Trwało to, wg wyliczeń fizyków, ponad 5000 lat, a każda z tych fal była nieomal dwa razy większa od poprzedniej. Zjawisko takie nazywamy pływami. Znane każdemu fale na morzu to właśnie pływy. Aż wreszcie, około (prawdopodobnie) 2 milionów lat temu, taka wielka fala pływowa półpłynnej substancji powierzchni Ziemi sięgnęła tak wysoko, iż grawitacja planety już jej nie utrzymała i - od masy naszego globu oderwała się jej część, by poszybować w kosmos. Była niewielka, więc i jej inercja nie była duża. Zatrzymała się w kleszczach grawitacyjnych w średniej odległości 384 402 km od Ziemi. Powstał Księżyc. Na Ziemi pozostała blizna po tym okaleczeniu. Wypełnia ją dziś Ocean Spokojny. W tym czasie powierzchnia planety podobną była to smolistej mazi. Ruch obrotowy powodował przesuwanie się tej mazi. Lecz stygła ona coraz bardziej, a najlżejsze jej elementy, bazalty i granity stanowiące główne składniki, krystalizowały się coraz bardziej. W tym czasie na całej planecie maleje już ilość pierwiastków, a zaczyna rosnąć ilość związków chemicznych.

- No, dobrze. – Powiesz Czytelniku – A co z tą wodą? Bo jakoś mówimy o różnych sprawach, ale temat jakby suchy!

Racja. Wcześniej wspomniałem o substancjach najlotniejszych. Są. Tworzą olbrzymie zwały chmur nasiąknięte całą wodą naszej planety. Ale powierzchnia jest nadal zbyt rozpalona i każda kondensująca się kropelka zaraz, zanim zacznie spadać, wyparowuje. A z kolei wyparować dalej się nie da, bo powstrzymuje ten proces magnetosfera otaczająca planetę i oddzielająca ją od prawie pustego kosmosu. Przez powłokę tych chmur nie jest w stanie przebić się ani jeden promyk słońca. Wprawdzie zaczynają się już kształtować zarysy kontynentów oraz niecki przyszłych mórz i oceanów, ale w absolutnej ciemności jest to nie do zobaczenia, a temperatura wciąż zbyt wysoka. Aż wreszcie skorupa Ziemi na tyle ostyga, że zaczęły do niej docierać pierwsze krople deszczu. Im było chłodniej, tym wolniejsze było parowanie i coraz obfitszy opad. Z góry lała się bez ustanku woda. Bez żadnej przerwy, rok po roku, przez setki lat. Towarzyszyły temu nieustanne, gwałtowne burze. Wypełniały się powoli zagłębienia morskie i baseny oceaniczne. Razem z deszczem spadały cząstki mineralne wyniesione przez prądy gorąca w górę, gdzie utkwiły w wilgoci chmur. Stąd najpewniej wzięło się lekkie zasolenie wody. Do wspomnianych basenów spływają też rwące rzeki niosące ze sobą części rozpuszczonych skał i wymytych minerałów. Coraz więcej soli pochodzenia kontynentalnego kumuluje się w powstających zbiornikach wodnych. Kłębiaste zwały chmur w miarę pozbywania się wody tworzyć zaczynają coraz cieńszą powłokę. Absolutna ciemność zaczęła niechętnie ustępować. W tyglu oceanów zawierających dwutlenek węgla, wapń, fosfor, potas, siarkę, tlen i azot, przy nieznanym ciśnieniu i temperaturze, proporcjach składników i soli - zrodziła się protoplazma.

Czy w ogóle były i ile było prób nieudanych, tego pewnie nigdy się nie dowiemy, ale nie ulega wątpliwości, że właśnie tam, w tej pierwotniej wodzie, zrodził się, prawdopodobnie, początek życia. Powstała pierwsza, żywa komórka posiadająca umiejętność żywienia się, czyli dostarczania sobie energii, by istnieć. A także, a może zwłaszcza, prokreacji, czyli rozrodu. Ruszył strumień życia niczym lawina porywając nowe elementy, rozbudowując się, specjalizując i różniąc, odrzucając gorsze, kształtując i poprawiając lepsze.

I tak jest do dziś. I będzie nadal, jeśli my, Stworzenia Naczelne, sami tego nie zniszczymy i nie przerwiemy. A, niestety, dość dobrze nam w tym kierunku idzie…

Pomyślmy o tym patrząc na morze. Bo ono powstało byśmy my mogli zaistnieć. A faluje, bo to efekt rezonansu wywołanego przez Księżyc.

Bibliografia:

Audycje TVP1 - film popularnonaukowy

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN 1962

Morie Aleksandr Biełganow 1971

Wikipedia

---

ANDRZEJ AROKIS

www.domowezwierzadko.blogspot.com

kwatermistrz@poczta.onet.eu

wtorek, 28 lutego 2012

Tajemnice oceanów – zima – pozorna martwota

Autorem artykułu jest AROKIS



Zima. Teraz nie na wiele przyda się nam umiejętność postrzegania różnych zjawisk w otaczającej nas przyrodzie. By móc zrozumieć bezmiar wód w tym okresie musimy się odwołać przede wszystkim do wiedzy. Wówczas będziemy wiedzieli czego nie widzimy, bo jest pod nami. Zostańmy więc na pokładzie.

Sezon zimowy na oceanie to bardzo trudny okres dla tych, co przebywają na jego powierzchni. Na półkuli północnej układy wysokiego i niskiego ciśnienia, ich drogi przemieszczania się i czas, kiedy to robią, zostały na tyle dobrze poznane, iż jesteśmy w stanie określić kiedy, gdzie i jakiej pogody możemy się spodziewać. Dlatego opis zimowego morza, jaki tu przedstawię jest niezmiernie bliski prawdy, choć, szczerze się przyznam, nieco wyimaginowany i oparty głównie na relacjach tak ustnych, jak i pisanych przez wielu różnych obserwatorów od Josepha Conrada począwszy, a na opowieściach przyjaciela moich Rodziców śp. pana Bobrowskiego skończywszy. Po prostu osobiście nigdy zimą na morzu nie byłem.

Wyobraźmy sobie jednak bezmierną, rozkołysaną olbrzymimi falami przestrzeń. Horyzontu nie widać nie z powodu tych sięgających, wydawało by się, nieba fal lecz zamglenia. Zamazania jakby szarym woalem. Wicher gnający ponad wodą łamie wierzchołki fal, które z białym rykiem zwalają się w dół. A on zrywa z nich pieniste czapy i niesie w dal. Słona, pianowa mgła siecze twarz obserwatora. Jest wszędzie. Na wodzie rozciąga się białymi smugami. W powietrzu nie pozwala dostrzec niczego w promieniu kilkuset metrów. Wokół szaro-bura woda, a nad głowami ołowiane niebo. Nocą pusta jakby czerń i pod stopami, i wokół, i ponad Tobą. Czujesz się jakby zawieszony na huśtawce życia w czarnej nicości. Uczucie to wywołuje niepewność, strach nawet i obawę o własne życie. Myślę, że tak właśnie może się czuć pająk wiszący na jednej swej niteczce w bezgwiezdną, burzliwą noc. Dopiero wówczas jesteśmy w stanie pojąć, jak niewiele znaczymy w tym groźnym, bezlitosnym bezmiarze przeogromnej siły Natury, my – Ssak Naczelny, dumny Człowiek, mniejszy tu niż pyłek, wobec siły Oceanu. I tylko żółtawe światełko z bulaja przywraca wiarę w kruchą stabilizację okrętowego pokładu.

Ta ponura aura dociera często nawet kilkadziesiąt metrów w głąb morza. A tam, gdzie nie czuje się już szalonego tańca fal, trwa wolne życie. Ryby stoją nieruchomo, pochylone lekko głowami w dół i drzemią. O tym, że są żywa świadczą niemrawe poruszenia płetw lub ogonów. Uczepione do skał, podobne do małych roślinek, tkwią polipy, które dadzą następne pokolenie meduz. Gdyby tam było to możliwe, to jeślibyśmy przyłożyli ucho do mułu zalegającego dno, usłyszelibyśmy to samo, co można by usłyszeć robiąc to samo pod drzwiami zbiorowej sypialni – setki, tysiące, miliony chrapań i sennych posapywań. Widłonogi, raczki, zygoty okrzemek i różne inne maleńkie zwierzęta i rośliny czekają w sennym odrętwieniu na wiosenne przebudzenie, by znów stworzyć życiodajne chmary planktonu. Ale nie wszyscy śpią hibernacyjnym snem. Szarzy myśliwi zimnych wód, dorsze, pomykają na swe odwieczne miejsca tarlisk. Ich czas już się rozpoczyna, choć tam, na górze zima trawa jeszcze na mocnej pozycji. Wreszcie, tu i tam na powierzchni wody, pojawiają się półprzezroczyste kuleczki ich ikry. I pomimo, że wokół nich tylko lodowata woda i szalejące wichry, te maleńkie komórki zaczynają swój metodyczny podział, by zrodzić nowy narybek. Z cząsteczki protoplazmy powstanie żywa, malutka rybka – cudowność prokreacji, boskość życia.

Poświęciłem tu sporo miejsca opisom wody i jej samej. Nie bez powodu. Albowiem dla nas, obserwatorów jest ona głównym obrazem, jaki w sezonie zimowym rzuca nam się w oczy. Ale nie tylko. Bowiem właśnie ta zła, wzburzona i okrutnie zimna woda będzie głównym przyczynkiem zapowiedzi odrodzenia się życia. Pod koniec zimy te schłodzone partie wód powierzchniowych zaczynają pod własnym ciężarem opadać na dno. „Wyciskają” jakby cieplejsze, denne warstwy, wody ku powierzchni. Zaczynają „podpierać” i podnosić morskie prądy. Te cieplejsze masy wody rozpoczynają swą wędrówkę ku górze porywając ze sobą i wznosząc, wspomnianą powyżej, sypialnię wraz z mułem i innymi organicznymi drobinkami. Na górze coraz częściej czeka ciepłe słońce…

Co dalej?

Zacznij, czytelniku, jak przyroda – od początku: przeczytaj „Tajemnice oceanu – wiosna”…

Bibliografia:

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN 1962

Encyklopedia Onet Wiem

Pośrednio Popularna Encyklopedia Powszechna Fogra

Wikipedia

---

ANDRZEJ AROKIS

www.domowezwierzadko.blogspot.com

kwatermistrz@poczta.onet.eu

czwartek, 23 lutego 2012

Tajemnice oceanów – jesień – „jarzące się morze”

Autorem artykułu jest AROKIS



Myślimy, że większość świateł na ziemi powstaje za naszą, ludzką przyczyną. Nasza bezdenna próżność nakazuje naszym umysłom tak oceniać to, co widzimy. Bo przecież wiemy, że zwierzęta nie potrafią posługiwać się energią taką jak ogień, czyli wytwarzającą światło. Czy jeszcze tylko świetlik potrafi świecić?

Karol Darwin w swoim „Dzienniku podróży HMS BEAGLE” wydanym przez Cambridge University Press w 1934 roku tak napisał: „Morze jarzące się intensywnie przedstawia wspaniały i przepiękny widok. Każda cząstka wody, widziana w dzień jako piana, żarzyła się bladym światłem. Statek toczył u dziobu dwie fale żywego fosforu, a jego strumień nadążający znaczył się mleczną smugą. Wierzchołki fal, jak daleko wzrok sięgał, jaśniały, światło zaś odbite sprawiało, że niebo nad widnokręgiem było jaśniejsze od reszty zupełnie ciemnego nieboskłonu.” (tłum. Tadeusz Borysiewicz – 1962 – przyp. aut.).

Ocean, jak wiosną, znów zaczyna nocny pokaz swych wodnych fajerwerków. Ten jesienny wybuch fosforoscencji, płomienne, zimne ognie upodabniające morze do bezmiaru roztopionego metalu, w którym każdy ruch czy to samej wody, czy istot w niej przebywających powodują nowe wybuchy jarzenia się, blasków, migotań i płomyczków. Tę całą ferirę lśnień zapierającą dech w piersiach, wywołują maleńkie roślinki z grupy Dinoflagellata z rodzaju Gonyaulax. Robią coś, co nazwać by można próbą zawrócenia czasu – powtórzenia wiosny – kwitną i gwałtownie się mnożą. Towarzyszą temu nocne, intensywne świecenia zaś w dzień na powierzchni wody pojawiają się czerwone smugi. Indianie znali te oznaki od setek lat. Ci, mieszkający na północnoamerykańskim zachodnim wybrzeżu wystawiali nawet wzdłuż niego warty, by nieobeznani nie dotknęli wody lub pożywienia z niej dobytego. Dlaczego? Otóż roślinki Gonyaulax wytwarzają niezmiernie silne, a przez to groźne toksyny. Opanowując przybrzeżne wody mieszają się z planktonem. Ten, wchłaniając truciznę z wody, staje się następnym nosicielem toksyny. Po koło czterech dniach trucizna wraz ze zjedzonym planktonem zatruwa skorupiaki, mięczaki i niektóre ryby. Stają się one także toksyczne. Zjedzone przez człowieka działają w sposób zbliżony do strychniny, co może być bardzo groźne dla życia. Jednym słowem piękna woda, ale groźna, bo nawet umycie w niej rąk może być niebezpieczne, tak silnie jadowite są te maleńkie roślinki.

Przypomnij sobie, drogi czytelniku, jak wygląda jesień w Twoim miejscu zamieszkania. Robi się coraz chłodniej, dni są coraz to krótsze i krótsze. Wprawdzie w dzień słońce potrafi przygrzać, ale zgodnie z porzekadłem: „Od św. Anki chłodne wieczory i poranki”. Liście na drzewach zmieniają swe barwy. Znika nam z oczu coraz to więcej zwierząt, co towarzyszyły nam od wiosny każdego dnia. Jednym słowem zima tuż tuż. A na morzu? Ależ morze to przecież część tego samego, naszego globu! Tam jest tak samo! Zanikają duże skupiska glonów, wiciowców i planktonu. Nie ma już czerwonych, oznaczających niebezpieczeństwo smug. Z wód powierzchniowych, a więc i z naszych oczu, znikają okrzemki, raczki, grzebienice czy strzałki. Ryby całymi ławicami wędrują albo w kierunku szerokości geograficznych posiadających ciepłe wody, albo schodzą w głębsze, spokojniejsze i równorzędnie cieplejsze, jakie opływają szelf kontynentalny. Tam, w zimowej, półsennej drętwocie będą czekać wiosny.

Ocean staje się szary, wzburzony. Jego powierzchnia jest smagana coraz częściej rosnącymi w siłę sztormami. W strefie dennej życie zamarło. Cała nieomal fauna tej strefy albo zdryfowała, albo zakopała się w mule. Życie pozornie się zatrzymało.

Od jutra zaczyna się zima i trzeba dotrwać do jej końca…

Bibliografia:

Bibliografia:

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN 1962

Encyklopedia Onet Wiem

Pośrednio Popularna Encyklopedia Powszechna Fogra

Wikipedia

---

ANDRZEJ AROKIS

www.domowezwierzadko.blogspot.com

kwatermistrz@poczta.onet.eu

sobota, 4 lutego 2012

Tajemnice oceanów – lato – świecąca woda

Autorem artykułu jest AROKIS



Kończy się wiosna, a wraz z nią tarło i legi większości zwierząt (w tym i planktonu) zamieszkujących wody powierzchniowe mórz i oceanów. Tempo życia spowalnia do normalnego rytmu. Okrzemki opadają na dno. Wody stają się czyste i pozwalają wniknąć wzrokiem w swoje głębiny.

Letnie morze dopiero po zachodzie słońca ukazuje swą fascynującą twarz. Raczy nas pokazami rozbłysków, świeceń i migotań. Te światła są efektem fosforescencji pierwotniaków żyjących tuż pod powierzchnią wody. Głównie są to pierwotniaki Noctiluca. Dodatkowym efektem widowiskowym jest ruch płynących ryb, delfinów czy mątw pobudzający owe rozświetlenia wody. Te śmigające, ogniste strzały, przewalające się w wodzie świetlne ferie błękitno-zielonkawych, różowawych i białych rozświeceń to niezapomniane obrazy. W innych miejscach, gdzie zimna woda podpływająca z głębin oceanu białą pianą burzy się na powierzchni, która przypomina ciemny ogród, tam właśnie unoszą się nieprzebrane stada świecących punkcików. Przypominają niby roje świetlików będących w ciągłym ruchu wznoszenia się, opadania, kołowania, balansowania, znikania i ponownego pojawiania się w silniejszym rozbłysku. To raczki Meganyctiphanes. Żyją one w ciemnościach głębin, w lodowatej wodzie, a teraz prąd wstępujący porwał je ze sobą i uniósł ku górze. A my możemy zobaczyć ich fosforyczne iskrzenie. I nie wszyscy sobie nawet zdają sprawę z tego, że oglądają to, czego normalnie nigdy by nie ujrzeli – tak daleko i głęboko jest to ukryte przed naszym wzrokiem.

W rejonach oceanów, gdzie spotykają się różne prądy morskie, na przestrzeniach dziesiątek mil, zaobserwować możemy białe wstęgi, pasma kręte niby olbrzymie warkocze zaplecione w wodzie i niedbale rozciągnięte. Ich białe kształty najłatwiej dostrzegają ptaki unoszące się nad wodą. To setki tysięcy biało-bladych meduz Aurelia aurita. W innych miejscach zbierają się czerwone meduzy bełty Cyganea. Początkowo ich pulsujące rytmicznie klosze są wielkości monety jednogroszowej. Ale już w połowie lata będą miały rozpiętość parasola. Poruszają się dostojnie ciągnąc za sobą całe warkocze długich macek. W ich gęstwinie oraz pod parasolami znajdują bezpieczne schronienie stada młodych plamiaków i dorszy.

Na oceanie Atlantyckim, nad bezkresnymi łąkami planktonowymi, jakie początkowo rozrastają się głównie w jego częściach północnych pojawiają się niewielkie, o brązowawym upierzeniu, ptaszki. To płatkonogi (Phalarope). Ich ćwierkanie niesie się ponad wodą, toteż łatwiej je niejednokrotnie usłyszeć niż dostrzec. Ptaszki te gniazdowały w podbiegunowej tundrze. Teraz wyprowadzają swoje młode nad ocean. Będą leciały to wznosząc się, to znów nagle opadając lub śmigając tuż nad falującą powierzchnią uparcie na południe. Omijając lądy, przez równik na południowy Atlantyk, by na tamtejszych planktonowych polach karmić się i tuczyć, nim na zimę wrócą znów na północ. Nie będą szukały lądu lecz zajmą się wypatrywaniem wielorybów. Te, bowiem, posiadają dar umiejętności łatwego odnalezienia dużych skupisk planktonu. Dla płatkonogów będą przewodnikami.

Na Morzu Beringa znajdują się dwie, nie duże skaliste wysepki. Gołe kamienie wystające ponad powierzchnię wody. Mają w sumie kilkanaście mil kwadratowych. Na tym niewielkim obszarze gromadzą się milionowe stada uchatek. Nagie skały drżą od ich ryków. Na początku lata matki rodzą na ogół jedno młode. Wychowywanie młodego pokolenia zajmuje fokom większą część lata. Oznaką nadchodzącej jesieni jest ich migracja. Pokonują mglące się wody Morza Beringa, potem przez burzliwe przesmyki wzdłuż Aleutów, by na koniec wydostać się na otwarty, południowy Pacyfik. Docierają wreszcie do pionowo opadających w morze urwisk ścian kontynentów. Tu znajdują się wody absolutnie ciemne, bardzo głębokie wody, w których żyją duże ilości ryb. I tutaj, nareszcie, foki mogą polować w nieprzeniknionych ciemnościach, znajdując w mrocznych głębinach obfitość pożywienia.

Nad przybrzeżnymi wodami, nad zatokami, nad mniejszymi akwenami morskimi zaczynają się pojawiać, zrazu pojedyncze, klucze lub stada ptaków wędrownych. Na oceanie tu i ówdzie dostrzec można mżenia pierwszych, jesiennych fluorescencji. Kończy się lato. Przeminął następny sezon życia oceanu.

W trzeciej części opowiem o oceanie jesiennym. W każdym sezonie ten sam akwen wodny wygląda przecież inaczej. Pojawiają się inne zjawiska, a zwierzęta zachowują się także odmiennie.

Bibliografia:

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN 1962

Encyklopedia Onet Wiem

Pośrednio Popularna Encyklopedia Powszechna Fogra

---

ANDRZEJ AROKIS

www.domowezwierzadko.blogspot.com

kwatermistrz@poczta.onet.eu

piątek, 3 lutego 2012

Tajemnice oceanów – wiosna – wielka wylęgarnia

Autorem artykułu jest AROKIS



Jak na lądzie tak i w morzu wiosna to okres odnawiania się życia. Na lądzie obserwujemy te zjawiska co roku. Na morzu… Żeby to dostrzec trzeba posiąść pewną specjalistyczną wiedzę, a potem to już całkiem proste i oczywiste.

No to zapraszam. Wsiadamy na łódkę i spokojnie wiosłując płyniemy na ocean. Najlepiej gdzieś na środek lub w jego pobliżu. I zaczynamy próbować patrzeć, obserwować i zrozumieć.

Ciężkie, schłodzone przez zimę, wody zaczynają opadać ku dnu, a cieplejsze warstwy wód przydennych rozpoczynają wędrówkę ku powierzchni. Te zstępujące i wstępujące prądy są na tyle silne, że podrywają z dna i niosą w górę ogromne ilości minerałów, odżywczych soli i cząstek organicznych. Najważniejszym wśród nich jest fosfor, który dla organizmów samożywnych, czyli roślin zawierających chlorofil i wytwarzających swoje pożywienie za pomocą fotosyntezy. Nie mniej ważną jest krzemionka, bo ta stanowi niezbędny składnik do budowy skorupek tych, co tu, na jej drodze, czekają - okrzemków. Przespały one, w formie przetrwalników, zimę, gdy unoszone w zimnych wodach czekały, aż podniesie się temperatura otoczenia. Te okruszynki życia trwały dokładnie tak, jak nasionka, jak ziarenka ozimin na lądach. Teraz życie pojawia się w oceanach na podobieństwo eksplozji. W bardzo krótkim czasie na przestrzeni całych mil pojawiają się brązowe, czerwone i zielone kobierce. To zawarte w tych iskierkach życia - okrzemkach i najprostszych roślinach – planktonie – pigmenty tak barwią te żywe dywany pokrywające powierzchnię mórz. Aż trudnym jest do uwierzenia, iż na ten wiosenny zakwit morza wpływ mają zaledwie trzy elementy: ciepło słońca, nasionka przetrwalnikowe drzemiących organizmów roślinnych oraz związki chemiczne dostarczane z dna niczym nawozy życia. Zaraz potem zaczynają się rozwijać małe zwierzątka planktonowe jak strzałki, widłonogi czy ślimaki skrzydłonogie zwane motylami morza, wiciowce i tysiące innych. Mając pod dostatkiem pożywienia roślinnego żerują i namnażają się gwałtownie, w postępie geometrycznym oraz astronomicznych ilościach. A prądy pionowe wynoszą nadal pożywkę z dna oraz jaja ryb, młode osobniki bentosu (to organizmy związane z życiem dennym), larwy ryb, krabów, robaków i omułków. Samo życie i jego rozwój nabiera zawrotnego tempa. Eksplozja to słabe określenie. W tym szaleństwie mikroorganizmów jest tylko seks i wzajemna konsumpcja. Jednak żniwa na tych łąkach obfitości kończą się dość szybko, gdyż żaden wybuch nie trwa wiecznie. Kto się najadł, ten się najadł, a kto miał się rozmnożyć już to uczynił. Pozostała tylko galaretowata masa. Brązowa, lepka i cuchnąca. Ale w ciągu około trzech tygodni wody się oczyszczą i ślad nie pozostanie po tej wiosennej orgii rozrodu komórek.

A wiosna trwa jeszcze. Wraz z nią rośnie mnogość rybich wędrowców. Alozy i łososie czawycza tworząc tzw. ciągi. Setkami tysięcy prą, po latach przebywania w głębinach oceanów, ku rzekom, w ich górę, do miejsc skąd się wywodzą, a gdzie dojrzewanie ich ciał nakazuje im złożyć ikrę i po dokonaniu tego zakończyć życie. Samice węgorza także wędrują ku rzekom i dalej. Ale potrafią one coś, czego nie umieją inne ryby. Gdy trafią na przeszkodę nie do pokonania po prostu wychodzą na brzeg i prześlizgują się wśród wilgotnych rosą traw, obchodząc zawalidrogę. Dlatego węgorza można spotkać także w akwenach śródziemnych nie posiadających żadnej łączności z morzem.

Inne ryby - gromadniki zbierają się w olbrzymie ławice w zimnym Morzu Barentsa, co przyciąga całe stada ptaków - alk, fulmarów i gawii trójpalczastych. Drapieżne dorsze wypływają z głębin i podchodzą do ławic (płycizn) Lofotów gromadząc się w okolicach Islandii. Wieloryby pojawiają się nagle, bez żadnych zapowiedzi w miejscach, gdzie na przybrzeżnych stokach trwa właśnie szczyt wylęgu raczków planktonowych. Nad każdą, nawet najmniejszą wysepką czy skałą, jaka wystaje ponad poziom oceanu, zaczyna się roić od ptaków szykujących się do gniazdowania. Walczą o miejsce dla siebie i przyszłej partnerki. Jedne znoszą budulec w postaci patyków czy kamieni. Innym wystarcza zagłębienie w skale. A są i takie, co zamiast samemu szukać, kradną sąsiadom pod ich nieuwagę i niosą na swoje,co czynią często głuptaki. Jednak cel jest jeden: zdobyć samicę, wychować młode. Wtedy podtrzymany będzie gatunek.

Powoli kończy się wiosna. Jest coraz cieplej. Zbliża się lato.

Kolejny sezon, w który dopiero ma wkroczyć nasz wodny świat. Ale to już będzie następny rozdział tajemnic trwania oceanu i jego obecnych mieszkańców.

Czytajcie też moje Morze Sargassowe i Tajemnice Oceanów. To warto wiedzieć, bo stamtąd pochodzimy, naukowo rzecz biorąc.

Bibliografia:

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN 1962

Encyklopedia Onet Wiem

Pośrednio Popularna Encyklopedia Powszechna Fogra

---

ANDRZEJ AROKIS

www.domowezwierzadko.blogspot.com

kwatermistrz@poczta.onet.eu

środa, 25 stycznia 2012

Jak pozbyć się ślimaków z akwarium ?

Autorem artykułu jest Mateusz Langner



Prawdopodobnie większość akwarystów na całym świecie miała w pewnym czasie do czynienia ze ślimakami w akwarium. Często uważane za przyjaciół w doraźnej walce z glonami, z czasem potrafią jednak skutecznie zdominować zbiornik i stać się uciążliwymi mieszkańcami.

Problem ślimaków dotyka właściwie wszystkich prędzej czy później, ponieważ te zostają przytransportowane z kupionymi roślinkami, na których znajdują się jaja ślimaków.

Przede wszystkim należałoby wyeliminować przyczynę problemu i zabezpieczyć się przed transportem tych mięczaków do zbiornika słodkowodnego. Zanim posadzisz nowe roślinki do akwarium przygotuj:

roztwór ałunu – do dwóch, trzech litrów wody wsyp jedną łyżeczkę ałunu, a w uzyskanym w ten sposób roztworze umieść roślinki. Wystarczą 2 dni na eliminację ślimaków i ich jaj. Po tym czasie wyciągnij roślinki i dokładnie opłucz je pod wodą. Gotowe.

Nadmanganian potasu – jeśli zależy Ci na czasie wykorzystaj roztworu nadmanganianu potasu. Na 2 litry wody wsyp 1/4 łyżki stołowej. Roślinki płucz w roztworze przez 10-20 minut po czym obmyj pod wodą.

CO JEŚLI JUŻ NASI MIESZKAŃCY ZADOMOWILI SIĘ NA DOBRE?

Rybki akwariowe mogą skutecznie walczyć z drobnymi mięczakami. Zdecyduj się na zakup karasia złotego, bocję wspaniałą lub kolcobrzucha. Z dobrymi osobnikami poradzi sobie także większość odmian gurami. Ślimaki usuwane ręcznie i tak będą Cię skutecznie wyprzedzały. Pamiętaj, że potrafią dokonywać samozapłodnienia, a ze względu na obojnactwo w parach rozmnażają się w zatrważającym tempie. Jeśli wolisz nieco mniej konwencjonalne sposoby na pozbycie się niechcianych mieszkańców, a Twoje rybki akwariowe niechętnie się nimi zajmują, możesz kupić ślimaka, który specjalizuje się w wykańczaniu konkurencji. Mowa oczywiście o Anentome Helena – drapieżniku, który właściwie wysysa z muszli inne gatunki ślimaków. Znajdziesz go w dobrych sklepach zoologicznych, akwarystycznych, a nawet na Allegro (upewnij się, że kupujesz zwierzęta od sprawdzonego sprzedawcy, który dokłada wszystkich starań, aby zwierzęta nie ucierpiały podczas transportu).

sobota, 21 stycznia 2012

Roztocze – też niestety domowe zwierzątka – Cz.2

Autorem artykułu jest AROKIS



Skoro już wiemy, co to są roztocze, gdzie je możne spotkać i jak wyglądają, a raczej jak są zbudowane, to teraz pomówimy o naszej domowej hodowli tego pajęczaka. Wiem. Nikt z nas tej hodowli nie zakładał, ale ona jest. To 100%-owy pewnik.

- Przecież dbam o czystość w domu! Sprzątam, myję, używam środków myjąco-dezynfekujących! Odkurzam prawie codziennie. Nie można mi zarzucić, że jest u mnie brudno! – oburzasz się.

Tak, ale w Twoim, jak i w każdym domostwie znajdują się takie sprzęty jak tapicerowane meble, dywany, wykładziny, kotary, materace, pościel, koce, zasłony, a nawet suszone kwiaty dla ozdoby. Za nogą od szafy, czy w dywanie, zawsze się zatrzyma odrobina kurzu. A te pajęczaki nie gryzą ani nie żądlą. Przebywają w grubych kocach, kapach, dywanach, łóżkach, fotelach, kołdrach, poduszkach itd. Po prostu są i już. Przenoszą się wraz z kurzem.

Co to jest kurz? Kurz to pył, czyli bardzo drobne cząsteczki ziemi, piasku, sproszkowa - nych cząstek różnych ciał (nie tylko mineralnych) – to się potocznie nazywa brud. Bierze się z erupcji wulkanicznych, a także z gleby, gdy wzbija go wiatr. Taki kurz wzbity w powietrze jest jak aerozol i może powodować różne niekorzystne reakcje naszego organizmu – ale o tym za chwilę. A na otwartej przestrzeni jego duża ilość może mieć nawet wpływ na zmiany klimatyczne na danym obszarze. Cząstki te, zgodnie z prawami fizyki, przyciągają się nawzajem i tak powstają tzw. bamboły – takie kłębki kurzu. A roztocze kurzu domowego, to stworzonka tycie-tycie-maciupkie (od 0,1-0,5 mm długości, przypominam) i dla nich taki kłębek kurzu to cały świat! Dlatego są w naszych domach czy nam się to podoba czy nie. Ale jest też i zaleta obecności tych saprofitycznych pajęczaków: żywią się one głównie naszym martwym naskórkiem (zwykle łupieżem), ale także grzybami i resztkami organicznymi. Przeciętnie każdy z nas traci codziennie 1,5 grama skóry, co daje rocznie wartość w granicach 0,3-0,45 kg (nawiasem, jak ci naukowcy to obliczyli?). Ta ilość pozwala na wykarmienie milionów roztoczy. A pamiętajmy, że na powierzchni 1 m kw. np. dywanu, przeciętnie żyje ponad 1 milion tych pajęczaków. Znaczy czyszczą i sprzątają to, co się z nas sypie (jakoś tak mi się za starością to skojarzyło…) lub przez nas (dziurawe ręce lub szczęka). I to jest ta pozytywna strona ich obecności.

Do najczęściej występujących należą:

a/ Skórożarłoczek skryty (Dermatophagoides pteronyssinus)

b/ Euroglyphus maynei

c/ Dermatophagoides farinae

Skórożarłoczek skryty jest gatunkiem najczęściej bytującym w bezpośrednim otoczeniu człowieka, czyli w jego domostwach. Najchętniej żyje i rozmnaża się w 25 st. C i 70-80% wilgotności. Temperatura powyżej 60 stopni lub poniżej zera jest dla pajęczaka zabójcza. Podobnie, gdy jest zbyt sucho lub zbyt wilgotno. Roztocze nie występują też na wysokościach powyżej 1000m, ale powodów na razie nauka nie zna.

Jego wygląd jest następujący: ma owalne ciało, białawej barwy. Szczecinki na idiosomie i odnóżach są długie i sterczące. Samica ma od ok. 420 µm długości i 320 µm szerokości, zaś samiec od ok. 420 µm długości i 245 µm szerokości. Dorosły osobnik ma odnóży osiem, chociaż w stadium larwalnym mają tylko sześć. Samiec na ogół żyje 19-30 dni, podczas gdy samica ponad dwa miesiące. Pilnuje ona jajeczek w ostatnich 30 dniach życia. (I kto tu jest tzw. „słaba płeć”, pomimo pilnowania też… - to tak na marginesie – nie mogłem się, przepraszam, powstrzymać).

No to teraz przejdźmy do negatywnych stron współbycia z roztoczami.

Otóż odchody oraz pewne białka skórożarłoczka skrytego należą do głównych alergenów, czyli środków uczulających, które prowadzą człowieka do nabycia i rozwoju np. astmy oskrzelowej. Jeśli w przeciętnym materacu żyje 1.000.000 roztoczy i każdy z nich produkuje enzym trawienny (jelitowy) do trawienia skóry zwany proteaza cysteinowa, który potem trafia do jego odchodów i pojawia się na takim materacu, to trudno się dziwić, iż, jeśli dana osoba cierpi na alergię powodowaną przez roztocze, to wówczas ma ogromną szansę zachorować. Obecność roztoczy, ich odchody, odnóża mogą powodować reakcje alergiczne w postaci swędzeń, kaszlu czy duszności nawet. Takim alergizującym czynnikiem może być także smog, który z racji swojego składu – głównie kurz, a w nim nasz znajomy roztocz – może działać jak wysoce prężny alergen. A generalnie to wszelkie przedmioty, jakich w domu nie możemy wyprać, opłukać pod bieżącą wodą lub chociażby przetrzeć na mokro, niosą one zagrożenie kontaktu z alergenami roztoczo-pochodnymi.

Definicja alergenu? To każdy antygen, czyli substancja, jaka zostanie wprowadzona do organizmu i wywołuje jego reakcję obronną skierowaną przeciwko niej właśnie.

Zaś alergen, to substancja wywołująca w organizmie nieprawidłowe reakcje odpornościowe, a którą organizm rozpoznaje jako obcą. Znamy alergeny wziewne (np. pyłki traw, które wdychamy), kontaktowe (co działają po kontakcie ze skórą – np. proszki do prania, lateks, metale), pokarmowe (po zjedzeniu czegoś mamy wysypkę, biegunkę, duszności itp.) oraz wstrzyknięte (jady owadów, które powodują objawy od obrzęku (komar) do ciężkiej reakcji organizmu – wstrząs anafilaktyczny). Jednym słowem alergenem może być prawie każda substancja, także leki. Najtrudniejszym dla medycyny jest to, że alergeny nie wykazują jakichś szczególnych cech i podobieństw, co ogranicza możliwość jednoznacznego określenia, czy dana substancja jest, czy nie, alergenem.

Co na to profilaktyka, czyli zapobieganie zawczasu narażeniu się na alergeny roztoczy?

Najprostszą metodą jest unikanie narażenia na uczulający alergen. Jak? No to proszę:

- częste odkurzanie, najlepiej odkurzaczami wyposażonymi w filtry HEPA

- regularne osuszanie powierzchni zamiana dywanów na panele podłogowe regularne trzepanie materacy i dywanów

- zastosowanie urządzeń parowych do czyszczenia

- używanie pościeli łatwej do częstego prania – syntetyki – z jednoczesnym unikaniem pierza – pranie minimum raz na 3 miesiące

- wykładanie pościeli zimą na mróz, a latem na słońce

- używanie poszewek na poduszki i kołdry zrobionych z nieprzepuszczalnych, syntetycznych materiałów

- wkładanie pluszowych, dziecięcych zabawek na parę godzin do lodówki

- zmniejszenie wilgotności w mieszkaniu do maks. 70% (najlepiej mniej – dobra wentylacja)

- zastosuj antyalergiczne pokrowce na materace – nazwy nie podam by uniknąć kryptoreklamy – ale Google wie wszystko…

Te metody nie zapewniają całkowitego wyeliminowania roztoczy z otoczenia i dania znaczącej, trwałej poprawy, a są czasochłonne i niekiedy kosztowne. Po prosu to zwierzątko jest tak świetnie osadzone w swoim ekosystemie, że nawet człowiek nie jest w stanie dać mu odpór.

A nam, ludziom, wciąż się wydaje, że jesteśmy klasą wiodącą…

Bibliografia

Mechowce – roztocze ekosystemów lądowych. W. Niedbała. PWN, Warszawa 1980

Encyklopedia Onet Wiem

Wikipedia Wolna Encyklopedia

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN, Warszawa 1962

Mały słownik zoologiczny – bezkręgowce. Wiedza Powszechna, Warszawa1984

Słowniczek ortograficzny. I. Stopniewicz. PZWS, Warszawa 1958

Polski Informator Medyczny

---

ANDRZEJ AROKIS

www.domowezwierzadko.blogspot.com

kwatermistrz@poczta.onet.eu

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Roztocze – też niestety domowe zwierzątka – Cz.1

Autorem artykułu jest AROKIS



Są zwierzętami kosmopolitycznymi, gdyż zamieszkują cały świat. Nasze domy też. W niektórych miejscach nie występowałyby, gdyby nie zostały tam zawleczone w wyniku naszej, ludzkiej działalności. W części 1 opowiem ogólnie o roztoczach, by przybliżyć Wam ogólną wiedzę o nich.

Zacznę od systematyki: Domena – eukarionty; Królestwo – zwierzęta; Typ – stawonogi; Podtyp – szczękoczułkowce; Gromada – pajęczaki (łac. Arachida); Rządroztocze (łac. Acarina). Naukowym ich badaniem zajmuje się akarologia (gr. akari – gatunek roztocza, logos – nauka).

Spotkać je można we wszystkich prawie środowiskach i strefach klimatycznych. Znajdujemy je w glebie, w przybrzeżnych, słodkich wodach (tzw. wodopójki), w strefie polarnej i w gorących źródłach Islandii. Podróżują razem z kurzem. Są nieduże, mikroskopijnej wręcz wielkości, gdyż długość ich waha się od kilkuset mikrometrów do około 1 mm. Ciało na ogół owalne, podzielone na niewyraźne segmenty, pokryte cienkim oskórkiem. Większość gatunków jest drapieżna lub roślinożerna, ale część prowadzi typowo pasożytniczy tryb życia. Narządy gębowe mają typu kłująco-ssącego wyposażone w szczękoczułki i nogogłaszczki. Pierwsze służą do pobierania pokarmu, drugie zaś pełnią funkcje czuciowe. Z niewielkimi wyjątkami nie posiadają oczu. I ta, przednia część ciała roztocza nazywa się gnatosoma. Druga, większa część nazywana idiosomą, dzieli się na podosomę wyposażona w od 1 do 4 par odnóży krocznych oraz opistosomę czyli część tylną pozbawioną odnóży. Narządy zmysłów (czuciowe i węchowe) w postaci szczecinek i zagłębień. Wewnętrzna budowa to: układ krwionośny w postaci tylko zatok, układ pokarmowy trzyczęściowy, o złożonej budowie, posiadający gruczoły ślinowe, wole, jelito z uchyłkami i gruczołami produkującymi lepkie śluzy. Roztocze pobierają pokarm wsysając go dzięki żołądkowi działającemu jak pompa ssąca. Są rozdzielnopłciowe. U samców wyróżnić można gonady i penis, a u większości samic pokładełko. Ich rozwój dzieli się na jajo, larwa, nimfa i imago, czyli postać dorosła. Układ wydalniczy stanowią zamknięte od strony jamy ciała kanaliki zbierające odpady przemiany materii, których ujścia są do jelita. Noszą one nazwę cewek Malpighiego (łac. Vasa Malpighii). Wymiana gazowa, czyli oddychanie, odbywa się przy pomocy tchawek, a czasem przez całą powierzchnię ciała. Nauka poznała już około 30 tys. gatunków (rozkruszki, kleszcze, świerzbowce), a wiadomo, że to jeszcze nie wszystkie.

Roztocze żyjące w glebie to geobionty. A generalnie należą do grupy organizmów zwanych destuenci lub reducenci. Stanowią wraz z bakteriami, glonami, nicieniami, grzybami, pierwotniakami, skąposzczetami (dżdżownicami) oraz owadami jedno z najważniejszych ogniw w pokarmowym łańcuchu całego, naszego ekosystemu, gdyż zajmują się mineralizacją (rozkładem) martwej materii organicznej na dwutlenek węgla i wodę. A te proste składniki mogą wówczas bez problemu wrócić do powtórnego obiegu materii, co zamyka cykl życia na naszej planecie. Są więc roztocze saprofagami (gr. Sapros – zgniły, phagein – pożerać), gdyż odżywiają się martwymi i rozkładającymi się szczątkami innych organizmów.

Na koniec tej naukowej tyrady muszę przejść do wyjaśnienia problemu językowego dotyczącego nazewnictwa. Otóż słowo roztocza jest w polskiej nomenklaturze naukowej synonimem pojęcia saprofity, co stanowi określenie bakterii i grzybów. Natomiast słowo roztocze to określenie złożonej grupy pajęczaków (Acari). Te tak podobnie wyglądające i brzmiące wyrazy wyraźnie się różnią, gdy porówna się ich formy deklinacyjne. I tak dla:

SAPROFITA

mianownik l. poj. roztocze (r, nijaki), roztocz (r. męski); mianownik l. mn. roztocze

PAJĘCZAKA

mianownik l. poj. roztocz (r. męski); mianownik l. mn. roztocza

Obecnie, nieomal wyłącznie, stosowana jest w nazwach geograficznych forma geomorfologiczna – Roztocze.

mianownik l. poj. roztocz (r. żeński) i mianownik l. mn. roztocze.

W części 2 napiszę o roztoczach kurzu domowego, czyli o, często całkiem nieświadomie prowadzonej przez nas, hodowli zwierząt oraz o tym, co ona ze sobą nam niesie. Zapraszam.

Bibliografia

Mechowce – roztocze ekosystemów lądowych. W. Niedbała. PWN, Warszawa 1980

Encyklopedia Onet Wiem

Wikipedia Wolna Encyklopedia

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN, Warszawa 1962

Mały słownik zoologiczny – bezkręgowce. Wiedza Powszechna, Warszawa1984

Słowniczek ortograficzny. I. Stopniewicz. PZWS, Warszawa 1958

---

ANDRZEJ AROKIS

www.domowezwierzadko.blogspot.com

kwatermistrz@poczta.onet.eu

środa, 11 stycznia 2012

Części ciała

Autorem artykułu jest AROKIS



Do napisania tej parodii głównego tematu zainspirowały mnie wiersze pani Eweliny1986, jakie zamieściła Ona była w „Twórczość -->Twórczość dla dzieci” pt. „Wierszyki o częściach ciała” cz. 1 i 2. Polecam, bo są całkiem, całkiem… A pani Ewelinie dziękuję za Venę :)

Tak więc, żebyś, szanowny Czytaczu, pojął całość myśli przelanej na wirtualny papier, proponuję, byś zaczął od tego, co napisała pani Ewelina, a dopiero potem wrócił do niniejszego tekstu. Ale ponieważ wolny człowiek w wolnym kraju może zadecydować sam, to nie będę Cię przekonywał – postąpisz, jak zechcesz, według własnego widzicisię, a nie koniecznie według widzimisię. Ot, i to jest właśnie demokracja.

Co jest po co

Zapytały dzieci panią

Raz w przedszkolu po śniadaniu:

- Prose panią, prose panią!

Jest pytanie!

- ?

- O sikaniu!

- No, sikanie, jak sikanie.

Każdy sika, oczywiście.

A co jest to za pytanie?

- Cym się rózni sików wyjście!?

- A skąd wam to – pyta pani –

Tę ciekawość tak zrobiło?

- Bo nam wysło, ze sikanie

Róznie nam tu wychodziło.

- ?

- Bo na psykład taka Ela

Siku robi w kucanego.

Brat jej się nie obcyndala

I leje na stojącego!

- ?!

- Ta róznica w nasej grupie

Te dyskusje wyzwoliła!

- Moje dzieci, chodźcie w kupie.

- (Oj, żebym się nie wchrzaniła!...)

Siad! By grupa była w grupie!

Gdy siedzicie tutaj razem

Pupka w pupkę na parkiecie…

- Ale Józek pruknoł gazem!

- Cicho! Zaraz się dowiecie.

A ty, Józiu, dałeś plamę!

- Skarzypyta!

Ja nie chciałem!

- Ja wiem! Ja wiem, prose pani! –

Boguś dwa paluszki wznosi

I z podłogi się podnosi

- Mogę roztrzyc dylemata!

- Choć tu. Nie nadepnij Ani!

(Na tych gnoi nie ma bata…)

Mów, kochanie, co uważasz.

- Bo chłopaki, prose pani,

To cym sikać one mają,

A dziewcyny, prose pani,

To nie wiedzom cym sikajom!...

:-)))))

09.01.2012

2338

---

ANDRZEJ AROKIS

www.domowezwierzadko.blogspot.com

kwatermistrz@poczta.onet.eu

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Miłość, zazdrość, pożądanie

Autorem artykułu jest AROKIS



Zazdrość. Uczucie często bardzo silne, nie do opanowania. Powodujące, że tracimy nad sobą kontrolę, postępujemy irracjonalnie, jesteśmy gotowi na najróżniejsze szalone czyny, byleby tylko zaspokoić je. Mało: jesteśmy absolutnie przekonani, co do słuszności swych czynów, bo kochamy i pragniemy!

Opowiem więc Wam tu teraz pewną historię, w której pierwsze skrzypce grają uczucia najwyższe i najniższe, a jednocześnie najsilniejsze. Są to: Miłość. Zazdrość. Pożądanie. To one właśnie będą dyktować przebieg tego opowiadania, którego zakończenia w tej chwili nawet sam autor nie zna. Stąd pojawia się jeszcze jedno uczucie: Ciekawość. Nie taka naukowa. Bardziej małpia. A więc posłuchajcie.

Krzywy Bolek był przystojnym brunetem, z małym wąsikiem i urodą przedwojennego fryzjera. Jak kto nie wie o jakiej wojnie mówię, to spieszę wyjaśnić, że nie o tej w Wietnamie czy Libii, ale o naszej, europejskiej, II światowej. A jeśli jeszcze kto nie wie, jak wówczas wyglądał typ fryzjerczyka, to niech się przyjrzy Krzywemu Bolowi. To jest właśnie to. Dziewczynom piszczało na jego widok, więc wykorzystywał on ten fakt najczęściej, jak to było możliwe. Czasem i kilka razy na dobę, gdyż był mężczyzną męskim, dziarskim, odpornym na niektóre trudy i, jak mawiał, „lubiał te robote”. Jak to się stało, że Krzywego Bola usidliła Płaska Zocha, zwana Plaskatą, nie wie nikt. Bo Zocha była chuda jak kij od szczotki, ryża jak marchewka, piegowata, nie miała ani czym oddychać, ani na czym usiąść. No chyba, że na krześle. W ogóle przypominała listewkę rozjechaną na asfalcie przez walec drogowy. Dlatego ciekawość w narodzie była wielka, jak to się stało, że taki piękny i jurny mężczyzna, jak Krzywy Bolo, dał się złapać na taką niewyględną przynętę. Bolo jednak jak ognia unikał tego tematu. A i Zośce nie było spieszno do zwierzeń, choć pod innymi względami to, że żeby nie uszy, gębę by miała dookoła głowy. Pyskato-plotkarska była nad wyraz, którego nie jedną odmianą potrafiła się sprawnie posłużyć.

No więc, jak już stało się wszystkim oczywiste, że Krzywy Bolo przestał się udzielać towarzysko wśród pań z powodu zaanektowania go przez Płaską Zochę, niektóre z nich dawały upust swemu niezadowoleniu z powodu niezaspokojenia rządz i uczuć, w czym gustowały razem z Bolem. Odgrażały się chyłkiem, a przewodniczyła im, a nawet prezesowała, Blada Monika zwana też Bladawiec z powodu białej karnacji skóry, białobląd włosów, brwi i rzęs. Była po prostu świńską blondyną o takimże samym charakterze. Kombinowała i kombinowała jakby tu wymanewrować plaskatego rudzielca stawiając ją przed faktem z Bolem seksualnie dokonanym i posiąść ten obiekt uczuć wszelakich na własność z możliwością odpłatnego wypożyczania (bez wiedzy owego) od czasu do czasu, rzecz jasna, by nie doprowadzić do zbytniego wyeksploatowania. Dawałoby to dodatkowe profity w postaci a/dochodu finansowego i b/zachowania dworu dwórek zainteresowanych tym interesem. A i właściciel owego, Krzywy Bolo, też miałby poczucie jakby wolnej niezależności, co tylko mocniej przywiązałoby go do Monisi i jej dobrego serduszka, jak uważała. Aż któregoś dnia… Tak. Owego dnia wymyśliła, jak posiąść Bola na oczach Plaskatej Zochy oraz dużego grona świadków, co z pewnością także pomoże jej rozkochać go w sobie, a jednocześnie zabezpieczy przed nieobliczalną, być może, reakcją publicznie zdradzonej.

Otóż w osiedlowym klubie załatwiła organizację tanecznego wieczorku dla przebierańców. Ten fakt błyskawicą obiegł okolicę. Baryła zgodził się na załatwienie i dystrybucję na miejscu piwa. Miecio Siekierka, Głąbek, Pastuch i Lipny Franio jako zespół Łyse Kaczory zgodzili się zagrać, ale tylko do północy. Stara Maliniakowa z mężem obiecała zrobić i sprzedawać w swoim bufecie kanapki i zaraz wysłała starego do hurtowni po 12 kartonów a’24 sztuki czystej w unijnych ćwiartkach czyli dwusetkach. Zapowiadała się fajna balanga.

Ciekawe, czy tak się stało, że Płaska Zocha dowiedziała się o zamiarze Bladej Moniki? A może to był tylko zbieg okoliczności, co zbiegł był jej przezornej uwadze? Niemniej jednak Płaska Zocha przybyła na salę nierozpoznana, gdyż przebrała się za nieco zardzewiały lotniskowiec. Zacumowała po drugiej stronie sali do kaloryfera, skąd miała znakomity obgląd całości. Zaraz potem przybyła Blada Monika przebrana za wspaniałej bieli sedes z białą klapą i takim też górnopłukiem. Ustawiła się w kąciku opodal bufetu, żeby nie zwracać na siebie specjalnej uwagi. Wiedziała przecież, że sedesy to do siebie mają. Jednak nie mogła się oprzeć, by kokieteryjnie nie kiwać łańcuszkiem z uchwytem od spłuczki. Te kobiety… Oczywiście nie zwróciła nawet uwagi na lotniskowiec. Ale ten zaraz wiedział kto jest ten wredny klozet. Po prostu kobieca intuicja. Pod pokładem, więc, ogłoszono alarm bojowy. Okręt przygotowywał się do alarmowego wyjścia z portu i podjęcia natychmiastowych działań.

Czekały obie. Muzyka grała. Kilka par się wytrząsająco telepało nad parkietem, piwo lało się niczym Nijaka Gara, kanapka w gębę, ćwiartka w rękę, cyk z gwinta i poszło. Było super.

Wreszcie zjawił się Krzywy Bolo. Był już nieco trynknięty, bo przed wejściem natknął się na paru kolesi. Obrzucił salę wokół badawczo. Płaskiej Zochy nie rozpoznał. „Dzie ta franca się szlaja” – przemknęło mu, ale nie zdążył myśli zakonotować, bo już Misia, Cysia, Bąbelek i Szpetka wciskać mu zaczęły butelki piwa Mocne Jasne Stróżowe marki Ochrona 7 koma 3 stopnia. Pił szybko i do końca, jak na prawdziwego maczo przystoi, klepiąc jednocześnie fundatorki po dupkach, co mu je ochoczo i z atencją nadstawiały. Na lotniskowcu zaczęły pobrzękiwać zaparkowane na pokładzie startowym samoloty. (Nawiasem mówiąc: z tymi samolotami to był, trzeba przyznać, świetny pomysł, by zakamuflować ogromną płaskość długiego pokładu). Blada Monika też obserwowała tę scenę. Ją, jednakże, cieszył fakt czynności Bola, a zwłaszcza picie. „Niech klepie, niech maca, byleby pił” – myślała tak intensywnie, że mało nie wychlupała sobie wody z górnopłuka. Nie minęło wiele czasu, gdy pobrane płyny Bolo przefiltrował i z niepokojem rozejrzał się wokół. Ujrzał i spokój ogarnął jego umysł i pęcherz. Ruszył w stronę białego, czystego, niezajętego sedesu. Wprawnym ruchem pociągnął za kolczyk zamka błyskawicznego. A ten się zaciął. W pół drogi i ani w te ani w te. Ani rusz. Sytuacja stała się nieco dramatyczna. Bo tak: Krzywy Bolo szarpie się z zamkiem, bo musi JUŻ, a nie za chwilę, Blada Monika zamarła z zadartą do góry deską w oczekiwaniu na oczekiwane tylko nie wiedziała czy Bolo stanie na wysokości zadania przed, po i czy w ogóle. Płaska Zocha widząc jak Bolo zamierza przed Moniką pochwalić się tym jego, a właściwie jej, krzywulcem, od którego ma ksywkę, odbiła od kaloryfera i ile fabryka dała, czyli całe 23 węzły, ruszyła przez parkiet odwalając dziobem na boki odkosy klepek i ciągnąc za sobą długi, zbałwaniony nie tyle kilwater, co kilklepek. Monika stała z podniesioną klapą, Bolo klął szarpiąc zamek, Zocha darła przez salę brzęcząc samolotami. Tłumek przy bufecie znieruchomiał. Wszyscy wiedzieli, że coś się kroi. Wreszcie zamek puścił. Bolo szukać nie musiał - tylko wyjąć i zacząć, bo już musiał. Wykonał pierwszą część przymusowego planu, ale nie zdążył zacząć, gdy Zocha dopadła go wjeżdżając mu z tyłu i wpychając na Monikę. Ta pobielała jeszcze bardziej, zwłaszcza, że Bolowi uderzenie wyrwało z dłoni i wyrzuciło na zewnątrz, czyli wprost na nią. Jego kolana walnęły ją w miskę, a ta pękła. Wstrząs spowodował, że górnopłuk się złamał, a woda chlusnęła na okręt. Deska opadła przytrzaskując Bolowi. Lotniskowiec siłą inercji zarył się mu w tyle, a sam zaczął się palić od zwarć instalacji elektrycznej z powodu wody, gdyż z kolei Zocha nie była w posiadaniu dostatecznej wiedzy morskiej, by pozamykać przed akcją luki. Dym, krzyk, piekło i bandyci! – Tak się porobiło.

Cały ten karambol trafił do szpitala. Blada Monika leży na ortopedii z pękniętą miednicą i uszkodzonym kręgiem szyjnym. Płaska Zocha jest na Oddziale Poparzeń. Będą jej przeszczepiać skórę z tyłu na przód i boi się, że jej tył też przeszczepią. Bolo ma tylko trochę poparzone plecy. Gorzej, że ma trudne do wyleczenia rozwarcie zwieracza okrężnego oraz jeszcze większe skrzywienie tego, co i tak było krzywe. Lekarze chcą prostować, ale Bolo nie za bardzo się godzi bez przeprowadzenia testów praktycznych, na co z kolei szpital się nie zgadza i sytuacja jest patowa.

Oto do czego może doprowadzić miłość, zazdrość i pożądanie. Ciekawe, jak to się wszystko skończy.

06.01.2012

2107

---

ANDRZEJ AROKIS

www.domowezwierzadko.blogspot.com

kwatermistrz@poczta.onet.eu

piątek, 6 stycznia 2012

Ile jest w Polsce dobrych hodowli kotów?

Autorem artykułu jest KYKG



Pytanie postawione w tytule jest oczywiście przekorną prowokacją. Każdy hodowca kotów uważa się za najlepszego, a jednocześnie ma fatalną opinię o pozostałych. Skądś też biorą się afery wstrząsające co jakiś czas kocim światem - sprzedaż kociąt z chorobami genetycznymi, odbieranie siłą kotów ich nowym właścicielom...

Osoba kupująca kociaka rasowego ma styczność ze światem hodowców bardzo krótko, i wszyscy są przesympatyczni. Nic dziwnego, chcą przecież sprzedać kociaka. Dopiero po jakimś czasie okazuje się, czy trafiliśmy na uczciwego człowieka traktującego swoją pracę hodowlaną z pasją i zaangażowaniem.

Ktoś, kto chce po prostu kupić kociaka, nie będzie zagłębiał się w hodowlane plotki, które można znaleźć rozsiane tu i ówdzie po forach internetowych, tak samo, jak kupując samochód nie interesujemy się raczej, czy wybrany przez nas salon samochodowy sprzedał kiedyś poobijany i wyklepany samochód jako nowy i nieuszkodzony. Mimo wszystko każdy zakłada, że osoba po drugiej stronie ma uczciwe zamiary. Na tej wierze zasadza się mająca wiele tysięcy lat historia oszustw.

Nabywcy o nieco ostrożniejszej naturze zaczną poszukiwania od klubów zrzeszających hodowców wychodząc z założenia, że oficjalnie działająca organizacja nie będzie promowała nieuczciwości. W rzeczywistości do klubu może się zapisać każdy hodowca, zaś klub nie ma prawa mu odmówić. Kluby co prawda dysponują środkami dyscyplinującymi hodowców łamiących zasady etyczne, ale oznaczałoby to, że hodowca miałby zostać ukarany przez funkcjonariusza klubu, z którym zazwyczaj zna się od lat i regularnie spotyka na wystawach kotów (większość klubów ma nie więcej niż kilkudziesięciu znakomicie znających się członków).

Nie dowiemy się zbyt wiele o kulisach hodowli z for internetowych, ponieważ naprawdę gorące informacje nigdy nie opuszczają ich działów zamkniętych dla szerszej publiczności.

Sprawa wygląda beznadziejnie? Pozornie tak, ale w rzeczywistości, realia świata hodowlanego nie odbiegają znacząco od realiów dowolnego innego środowiska. Czarnych owiec jest niewiele, ale robią najwięcej hałasu i sprawiają najwięcej kłopotu. Istnieje kilka miejsc w internecie, gdzie hodowcy wystawiający swoje kocięta na sprzedaż są starannie weryfikowani, jednym z nich jest strona (koty norweskie leśne), gdzie ogłoszenia mogą umieszczać wyłącznie hodowle kotów norweskich leśnych działające przynajmniej od dwóch lat, które nigdy nie weszły w konflikt z przepisami. To daje nadzieję na transakcję, która nie spowoduje u nas bólu głowy.

---

AH

nfo.net.pl

Pogrzeb pupila

Autorem artykułu jest Tomasz Galicki



Gdy odchodzi nasz ukochany czworonóg, chcielibyśmy godnie go pożegnać. Przecież pies czy kot żył z nami długie lata, towarzysząc w codziennych zmaganiach, radościach, smutkach i rodzinnych przeobrażeniach.

Nic dziwnego, że wiele osób nie wyobraża sobie, że – tak po prostu – odda zwierzę do spalenia, czy zostawi ciało przyjaciela w gabinecie weterynaryjnym. Pamiętajmy, że - zgodnie z prawem - nie możemy sami zakopać naszych milusińskich nad rzeką lub w parku. Istnieje bowiem ryzyko, że truchło zostanie odkopane przez inne zwierzęta, przez bawiące się dzieci czy dostanie się z powrotem na powierzchnię w wyniku prac remontowanych, budowlanych, przeprowadzanych właśnie w miejscu pochówku. Wówczas, gdy tożsamość właściciela psa lub kota zostanie ustalona, grozi nam kolegium. Zakopywanie zwierząt musi odbywać się więc zgodnie z przepisami. Dlatego, jeśli nie mamy własnej działki, zdajmy się na firmy, od lat praktykujące takie procedery.

W wielu miastach działają specjalne krematoria, posiadające komorę do spalania zwierząt. Jest ona używana tylko w tym celu. Bywa, że w ciągu dnia spopiela się w niej szczątki wielu bezpańskich kotów lub psów, które uśpił weterynarz i - za pobraniem opłaty od właścicieli zwierzaka – przywiózł na grupową kremację. Jeśli chcemy indywidualnego zabiegu, musimy ponieść wyższe koszty – szczegółowymi informacjami dysponuje, na przykład, krematorium we Wrocławiu, od lat działające na rzecz należytego traktowania trucheł zwierzęcych.

Miauczącym oraz szczekającym ongiś towarzyszom rodzin winno się okazywać uznanie i miłość. Stąd pomysł na zakładanie cmentarzy dla zwierząt. Choć nie działają one w każdej miejscowości, ludzie z różnych części Polski przywożą na te oryginalne nekropolie prochy lub ciała swych pupili. Chowane są one wraz z ulubionymi zabawkami, smyczami, obróżkami, kocykami i poduszkami. Nagrobki są przystrajane figurkami zwierzęcymi, wiatraczkami, świeczkami oraz pamiątkowymi tablicami: „Cezar. Był wierny”; „Tu leży nasz najlepszy kumpel Goofy – brakuje nam Ciebie, Stary!”; „W wieku niespełna trzech lat opuściła nas Kicia Klarcia. Kochaliśmy Ją i zawsze będziemy kochać.” Wzruszające wyznania, cytaty i starannie grawerowane imiona zwierzaczków mogą zadziwiać tych, którzy nigdy nie mieli w domu czworonoga. Tych, którzy mają, mieli i pewnie będą jeszcze mieć następnego, wiernego druha, takie obrazki nie dziwią…

Jak zapewniają firmy - między innymi - świadczące pogrzebowe usługi we Wrocławiu, a imające się głownie pochówkiem zwierzaków, na brak chętnych nie można narzekać. Ludzie chcą żegnać, a potem ze „świeczką pamięci” odwiedzać swych najbliższych. Nawet jeśli mowa tu o zwierzętach, które odeszły…

---

T.G.

Boże Narodzenie - święta rodzinne

Autorem artykułu jest AROKIS



Kochani!
Dla Was od mnie: spokojnych i pogodnych Świąt. A na Nowy Rok - zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia. Niech Wam się darzy. To taki wspaniały moment w roku, by wybaczyć i się pogodzić nie tylko z bliźnimi, ale i z samym sobą.

Bo jakże żyć czy nawet współżyć z takim fjuttem, jakim ja jestem sam, prawda? (śpieszę donieść, iż „FIUTT to jest skrót moich zainteresowań: Film I Uwentualnie Telewizja Tylko”) jeśli zobaczę, że jeszcze ktoś taki jest obok mnie i to nie jestem ja, taki ma do tyłu bardziej niż do przodu… Dlatego Anieli śpiewają, a raczej pieją i takie "uny so" mało wesołe.

I tu warto przypomnieć: Starsi Panowie śpiewali: "Rodzina. Rodzina. Rodzina, ach rodzina! Rodzina nie cieszy, nie cieszy gdy jest, lecz kiedy jej ni ma samotnyś jak pies. Titiridi rym", a może srym, nie jestem pewien. Jednak trzymajcie się w kupce! Najlepiej w świeżej, bo cieplej, a potem… to już dom rodzinny... Są jednak tacy, co im w tej Rodzinie, zwłaszcza pod koniec grudnia, jest źle i smutno. Mają dość. Chodzą im pod sklepieniem mroczne myśli. A jak takiemu spojrzysz w oczy, to albo ciemność widzisz, jak i tenże właściciel oczu („Ciemność widzę! Ciemność widzę!”- znany cytat – przyp.aut), albo tył jego czaszki. Znaczy tego właściciela. Bo jego marzenie o wolności to ułuda. Gdyż zawsze tkwimy wśród jakichś ogrodzeń, parkanów, paragrafów, kodeksów, zakazów, nakazów i ograniczeń wszelkich ruchów - tych śmiesznych też, bo albo to zdrada, albo molestowanie, albo niemoc, albo gwałt na osobie chorej (ból głowy to też chyba choroba, nie?), albo na sobie, co niektórzy też nazywają chorobą, żeby odsunąć od siebie takie podejrzenia, bo każdy wie, że jak się nosi sukienkę to jest łatwiej. A jak już wydaje ci się (przez małe ci, bo to może mi), że możesz wszystko, to nagle widzisz, że żeby wskoczyć na "te półkie obedwiema nogamy i pobrzękotać, jak parkot" to, po pierwsze prima, nie dasz rady wskoczyć, bo cię już łupie w krzyżu, a, po drugie prima, to i pobrzękotać się tak nie da, gdyż grozi ci zwykłe wypadnięcie sztucznej szczęki. Jeszcze zęby na tej półce to rozumiem – głód. Ale na podłodze? Toż to już "szkorbgłód", czy jak to tam się na okręcie życia może nazywać! Jakby na to nie patrzeć to, po trzecie prima, zawsze, przepraszam, oba pośladki z otworem będącym zakończeniem przewodu pokarmowego obwiedzionym mięśniem okrężnym zwanym zwieraczem (polecono mi słowo dupa zmienić, bo jest ordynarne, co czynię) z tyłu ona jest. Rzecz jasna nie chodzi tu o negowanie ("manie" znaczy w tej części ciała , za co przeprosiłem w poprzednim zdaniu – przyp.aut) rodziny jako takiej, lecz ukazanie jej jako jakiej ona jest w rozumieniu jej bycia w naszym bycie (nie mylić z odbytem, czyli z odbytą już i zresocjalizowaną karą – przyp.aut). I to jest to kluczowe zagadnienie w tym temacie, co go teraz będziemy tu wałkować, bo na Święta to się różne rzeczy wałkuje. Na ogół na plaskato.

Popatrz, Przyjacielu, jaka ta przyroda jest mądra. Użyłem w odniesieniu do rodzimy słowa "kluczowe" (od klucza ono się wywodzi - przyp. aut). I właśnie, dla naprzykładu, takie ptaszęta latają po świecie kluczami. Bo szukają one, jak ten klucznik dziurki (no może z tą dziurką to nie jest przykład najlepszy – przyp.aut). A czegóż to one, te ptaszęta, tak-ku szukają zawzięcie? - zapyta ciekawy jeden z drugim taki muzyk (było ich wielu... nazwisko Jankiel). One, ja tu dążę dopowiedzieć, ptaszęta jedne, szukają wytrwale odpowiedzi, cośmy jej nie dostali postawiwszy wstępowo to pytanie. Powtarzam je, jakby kto zapomniał, bo mu Niemiec, niejaki Smalec Hajmer, przeszkadza: jakiej? Było pytanie wysnute z kłębka myśli: otóż rodziny jako takiej. No to właśnie jakiej? I tu nagle się okazuje, iż umysłem nie daleko odbiegamy od takiej wędrownej gęsi lub innej sójki- wędrowniczki, co to tak wędrowała, no tak wędrowała, że tylko tak wędrowała, suczka jedna. Co to? Nagle się głupio pytamy? To nie wiemy po tylu latach życia z stadle, jak te ptaszki zaobrączkowane, jakie to stadło jest? Takie my są ograniczone? A co, cichych dni się nie zakosztowało? Nie zakosztowało się... Nie, to też złe pytanie, bo jak można zakosztować czegoś, czego się właśnie nie dostało? - śniadania lub innego obowiązku dla naprzykładu. Ale niewiedza nie tłomaczy nieznajomości przepisów! I zawsze tak jest, że narzuca je mniejszość, cośmy ją sobie w amoku wybrali. I nie wyobrażajmy sobie, że skoro Pan stworzył to E, to jest to władza wirtualna, czyli e-władza! Prawo musi obowiązywać i nie koniecznie musi ono być nasze. Wystarcza, że jest dla nas. A my mamy je, w mordę, kochać i dokładnie przestrzegać, bo inaczej... Uuuu! Albo wojna, albo potop (łez na ogół), albo głód, albo samotność na co dzień i na co noc rozwodem zwana, czyli : WOLNOŚĆ!! "I co to za radość! I co to za szczęście!... I co to za radość, i co to za szczęście. I co to za radość?? I co to za szczęście?!?" Pytam ja się takiego euforusty! Bo przecież wolność, to, jak powiedziałem na wstępie, tylko ułuda, mara, mgła jeno ili dym jaki, co nam w oczy szczypie, łzy wyciska i brzydkie wyrazy ciśnie nam na "ustów" szparę zaciśniętą wzorem wcześniej poznanych organów (nie naoliwionych, więc nie Oliwskich- przyp.aut), po kilka razy. Potem trzeźwiejemy, bo nam się kasa skończyła i jako ten pies zbity wracamy w pościel pieleszy, by się zwinąć w kłębek na naszym wyłącznie jedynym miejscu pod stołem i lizać sobie... Nie, nie da rady!... O ranach mówię, duszy naszej i portfela, słuchając lubego terkotania prawa z ponad tego naszego mini-okrągłego stołu, co się nazywa stołem nieporozumienia. Można, oczywiście, zatkać sobie uszy, ale istnieje niebezpieczeństwo stworzenia niechcący głuchej pustki. Może nie warto rydzykować, niech nadaje jak radio.

A jeszcze takie stadło może wydać (wydając się na wstępie całkiem czymś innym, niż potem) potomstwo w formie bachorów płci różnych, choć niekoniecznie. Tu spieszę wyjaśnić, że zależy to od krawca, do jakiego chadzała mama – damski, żeński, męski lub nijaki. Taki ba… no dobra, taki potomek… potomczynia… to po zrobieniu to nie dość, że nie daje spać, to jeszcze paskudzi w życie, znaczy z rzyci, i nie tylko, bo kosztuje, wymaga, zabiera czas i, co najważniejsze, jest obiektem przetargów, szantaży, pożądań najróżniej pojmowanych – na ogół finansowo. Choć są stowarzyszenia (nie tylko świeckie), które gustują w młodym mięsku na różne, kulinarne też, sposoby. Okropność. A niektóre warstwy (różne pokłady nadkładów naniesionych przez dzieje losowe – przyp.aut) „śmią”, kurnia, twierdzić, że to, takie małe, stanowi naszą przyszłość. No, jeśli tak ma wyglądać ta przyszłość, to ja, za taką rozdartą i zas…ną przyszłość, dziękuję. Co, że nie prawda? A miałeś w ręku pampersa lub pieluchę i to wąchałeś?! No!

I oby wyście nie dostali w prezencik bąbek pod chinkę od Alego Kaidy lub innej firmy podfastrygowanej do niejakiego Mikołaja Wanted typu Krak Ognisty czy TiTi czyli Twoje Trzewia lub Granat (to frakcja ciemnoniebieska frakcji czarnopurpuratowej czyli niebieskiej). (W tym zdaniu jak i w innych powyżej, nie ma żadnych błędów! Przyp.aut). To życzenia były takie, bo pod choinkę się należy życzyć sobie lub innym (nie mylić „życzyć” i "złorzeczyć” – pisze się inaczej – przyp.aut).

---

ANDRZEJ AROKIS

www.domowezwierzadko.blogspot.com

kwatermistrz@poczta.onet.eu

Pierwszy dzień Świąt po naszemu

Autorem artykułu jest AROKIS



Polski katolik Święta Bożego Narodzenia spędza na ogół tradycyjnie – przy stole razem z najbliższymi, rodzinnie. Oczywiście jest choinka, kolorowe światełka, pod drzewkiem leżą torby, siatki i pudełka. Jest pierwsza gwiazdka.

Nareszcie: Start. Podobno w Wigilię się nie pije i nadal obowiązuje post, ale bez przesady! No to wszystkiego najlepszego! Bęc! Matka, daj no tu ten opłatek. Życzenia, całusy, łamania, życzenia, cmokania, życzenia, łamania, objęcia, a prezenty leżą, życzenia, łamania, uściski, a gorzała się grzeje, życzenia, ojciec mrugnął, matka polewa, całusy, nie ma co łamać, no to wasze zdrowie! radość ogólna, dzieci zawiedzione, bo prezenty leżą i nic, mama już można? to co? niech rozpakują, a ty polej i siadamy, siadamy!, kochani siadamy, no to w żłobie leży! No i w dziób leje żłób. Stół zastawiony – stąd się wzięło „zastaw się, a postaw się”. Jemy, więc jemy i pijemy, jemy, jemy, pijemy, jemy, jemy, pijemy, pijemy, jemy, pijemy, pijemy, pijemy, podjadamy, pijemy, przegryzamy, pijemy. Nakrywa się na koniec stół prześcieradłem, żeby nie obeschło, a kot się nie dobrał i toczymy się na Pasterkę. Stary przezornie ma w kieszeni kieliszek i flaszkę, a stara drugą w torebce. Na zimnie nieco nam przechodzi, więc śpiewamy fałszywie ale od serca, na tacę dopiero po szybkim sprawdzeniu ile tam rzucili inni, bo nie można być gorszym. Na zewnątrz, chyłkiem, walimy z sąsiadem i jego szwagrem lufę naszą i waszą – to ten socjalizm tak nas, cholerka, nauczył. Po drodze do domu rodzinnie i towarzysko z innymi kończymy butlę naszą i butle ich. Z poczuciem dobrze spełnionego katolickiego obowiązku, zwalamy się do wyrka. Z tekstem na ustach – Stara, to może mały numere… zasypiamy. Śpimy szybko, bo zaraz będzie rano i trzeba zrobić śniadanko – wszystko gotowe, a reszta się chłodzi! I nareszcie:

W pierwszy dzień świąt rano:

O, na podłodze siano

I pudełka kolorowe.

Od wczoraj nie sprzątnął nikt.

Oj! Trzymajcie moją głowę!

Na stole flacha - to cyk łyk,

Bo jeszcze nie widzi nikt.

Albo jeszcze łyki dwa –

Muszę przez chwilę zostać sam.

Do łazienki: będę… - ale mnie kręci!

Taki ciężki ranek mam

Ale stół znowu nas nęci.

A czas cyka i nie pędzi,

Żona znowu coś tam mędzi,

Pod śledzika cyk lufeczkę,

Potem z szynką kanapeczkę

I walimy lufy cztery.

- Gdzie ta ryba, do cholery?!

Święta, święta! Nasze święta!

Już początku nie pamiętasz.

Leżą flaszki przewrócone,

Anioł zasnął gdzieś po stołem.

Nachlane i inne anioły,

A jeden z nich całkiem goły

Ciągnie za pień pod choinkę

Z papieru zabawkę-świnkę.

Będą świąteczne igraszki –

Wesołych świąt! Zabrakło flaszki.

Wesołych świąt! Cholera - świąt!

No, zabrakło i niech to prąd!!

Rodzina w smutku pogrążona:

Mąż, dzieci, teściowa i żona.

Wtedy córka – Proszę Tatki!

Ja pożyczę od sąsiadki!!!

- Masz pieniążki, rady ni ma,

Leć w imię Ojca i Syna!

25.12.2011 r.

0353

---

ANDRZEJ AROKIS

www.domowezwierzadko.blogspot.com

kwatermistrz@poczta.onet.eu

piątek, 23 grudnia 2011

Moja Polska

Autorem artykułu jest AROKIS



Nie mam specjalnego wstępu do tego wiersza. On jest z mojego bólu, gdy patrzę na moje bycie. Rzucałem ulotki bojąc się, że spadnę z 12-go piętra, z teraz?... Tak mi jakoś pusto. Tak się bałem, ale mimo to organizowałem ten strajk. I co...? Nie chaciałem by było jak jest. TO JEST NIE TAK!

Moja Polska

Ref. To nie żadne o-cho-cho!

To nie żadne ojej!

I to nie jest jakieś-tam U.S.A. (czyt. ju-es-ej)

To słodka jak cukru kostka,

To po prostu moja Polska,

Słodka jak cukru kostka.

To jest Polska.

//

Wszystko tutaj może się stać

I dla każdego jest kropla życia.-

Urzędy możesz sobie brać,

Choć przeszłość całą masz do ukrycia –

Ktoś zdecyduje, żeby ci dać.

A po co sprawdzać prawo do bycia?

Ukradniesz mało, zaraz krzyk

I złodzieja trzyma się w areszcie.

Miliony? Nie zrobią ci nic.

Wolny pożyjesz sobie nareszcie.

Myślisz, że gościu z gotówką gdzieś znikł?

A skąd! Jest radnym przecież w twoim mieście!

Ref.

A w sejmie najlepiej się ma

Były UB-ek, komuch, kawał drania,

Karierowicz, mafijna wsza.

Spoko! Jeden drugiego osłania,

Rączka rękę lub rączka rączce da –

Tyle jest tu jeszcze do sprzedania!

Kiedyś ktoś komuś sprzedał most.

Wszyscy się śmiali, wszyscy wiedzieli;

Teraz huty, Pomorze, kilka miast,

Mazury „poszły” i nie widzieli.

Z bogactwem na kontach jest kilka gwiazd,

A reszta, głupcy, tylko mieć mieli.

Ref.

Polak potrafi taką rzecz,

Że co nie jego – nie jego troska.

Jak chce i musi – będzie mieć.

Alboż to jego ta cała Polska?

Wybierać na wyborach nie chce chcieć…

Lepiej wypić i grzebać we włoskach.

Tu dzieci bije się na śmierć.

Zbirom, mordercom prawo współczuje.

Kochać ten Kraj możesz se chcieć,

Lecz Fiskus ci tę miłość zatruje.

Stach do Policji zaufanie mieć –

Ochronę bandyta oferuje.

Ref.

04.12.2005 r.

1520

---

ANDRZEJ AROKIS

www.domowezwierzadko.blogspot.com

kwatermistrz@poczta.onet.eu

Ojczyzna

Autorem artykułu jest AROKIS



To wypłynęło ze mnie. Bunt? Krzyk? Protest? Wiara? Strach, a może wręcz przerażenie? Miłość? Wierność? Poddanie? Ostrzeżenie? Krzyk? Wstyd? Zażenowanie? Patrzyłem, a we mnie krzyczało! To NIEEEEEEEEEEEEEEE!!!!!!!!!!!!! wciąż się we mnie drze jak oszalałe. Jest, boli, rozdziera, nie chce... Tak mi z tym trudno i źle...

OJCZYZNA

Polsko Rzeczpospolita, ty Ojczyzną jesteś moją,

Mą miłością, moją wiarą. Miejscem, gdzie się rany goją

Po potyczce z twoim wrogiem. Tutaj azyl znajdziesz pewny,

Uśmiech na twą twarz zagości – brwi wygładzi, gdyś był gniewny.

Teraz patrzysz na te pola łanem złotym ubarwione

I te lasy, i te bory liści suknią umajone,

Gzie orkiestra gra ptaszkowa, w dali wilga wody woła,

A nad głową wykręcają w ciszy orły dwa swe koła,

Gdzie jeziora swym błękitem nieba lica odbijają

I gór szczyty, hań we chmurach, swoje piki zanurzają

I gdzie morze piasek liże łasząc się jak pies pod stopy,

A na łąkach stoją szare, ugarnięte siana kopy.

Tedy patrzysz. Widzisz piękno. Wokół jeno same cuda…

Wolny człowiek w wolnym kraju!... ...Myśli taka to ułuda.

Czego tylko okiem dotkniesz i co pięknym ci się wyda –

Już nie polskie, już nie twoje – aktem kupna ktoś to wydał.

Jeszcze przed Okrągłym Stołem wszystko to ukartowane

I co polskie, i co lepsze w obce ręce jest sprzedane.

Kradli, ciało twe szarpali, ma Ojczyzno ukochana.

Tedyś teraz pokrwawiona. Tedyś teraz poszarpana.

Mordy wilcze, tłuste tyłki w Sejmie sobie usadzają.

Jak naprawiać żeby zepsuć, jak ukarać uradzają,

By się kary nie bał złodziej województwo on sprzedając,

Bo to jest ich członek partii, a nie pierwszy lepszy zając.

A gdy go policja złapie, prokurator wnet wypuści:

Takie uchwalono prawo… Nie posiedzi se? – A juści!

Nie ma pracy ni pieniądza, no bo robić tu nie warto.

Nic się teraz nie opłaca. Jeśli…: tylko wypić warto.

Wczoraj Adaś w pierwszej klasie zemdlał, bo nie jadł śniadania;

Wczoraj poseł pod obrady zgłosił problem psów szczekania.

Renty babci nie starczało – rzut przez okno – akt rozpaczy…

Jak tu podnieść pensje posłom pewnie dzisiaj Sejm rozpatrzy.

Młodzież chce wyjeżdżać z kraju? - A cholerę w bok! Niech jedzie.

Ukraińców się zaprosi i na pewno jakoś będzie.

No i dobra, bo ci młodzi chcieli patrzeć nam na ręce.

Teraz, bez tej ich kontroli, ukradniemy jeszcze więcej.

Ale najpierw dzielmy stołki. Te wysokie. Te przy żłobie.

Żeby każdy z towarzyszy mógł do syta pojeść sobie

I zaprosić do biesiady tych, którymi posteruje -

Szantaż albo fest łapówa i już gościu się prostuje:

Sprzedajemy! Będzie przelew. Niemiec kupi Zakopane.

Na Bahamach masz pieniądze – podpisz. Tutaj. Nie bądź wałem…

Telewizja i gazety... – Roztrąbili. Dziennikarze…

Jeszcze mają własne głowy, a szukają nowych wrażeń.

Tak jak ranne stoisz zwierzę, moja Polsko oniemiała,

Że Cię Polak nożem w plecy… Tego się nie spodziewałaś…

Bóg i honor, i Ojczyzna na sztandarach rodak nosił.

Wroga Ruskie łby jak zboże szablą polski żołnierz kosił!

Dzisiaj szabli, ni żołnierza, ni honoru tutaj nie ma.

Jest Ojczyzna, którą tylko z góry łzami Bóg polewa.

Hej! Rodaku! Otwórz oczy! Obudź serce, weź we dłonie

Kosę! Czas ją na sztorc przekuć! Wawrzyn czeka na twe skronie!

Nadszedł czas sprawiedliwości. Trza nam ruszyć, zabrać taczki –

Polityków załadować. Na gnój wywieść, między kaczki!

Z gniewu bicz ukręcić trzeba i rozpędzić w cztery strony

Chory układ wrogich ludzi. Kosą ciąć wrzód zaogniony!

Nowe prawa ustanowić, co szacunek będą miały.

Nowych, młodych wybrać trzeba, aby dostąpili chwały:

Odebrali to, co polskie. Kraj w szacunku umocnili,

By Germanie, czy Rusini łapy z dala swe trzymali

I Unici, ci brukselscy, także nie ryzykowali.

My są z centrum Europy i iść do niej nie musimy.

Tu żyjemy od pokoleń – umieramy i rodzimy.

Różni nas tu najeżdżali. Okupanci nas gnębili.

Chcieli zlikwidować Naród. A my są! Nas nie zniszczyli!

Zauważyć oni muszą, bo to ta historii strona:

Polak nigdy nie wyskoczył żadnej sroce z pod ogona!

Czas zakończyć te wojaczki, co bez chwały, bo nie nasze.

Polska krew tam, w obcym piachu? Chłopcy! Do dom! A w kamasze

Wszystkich młodych: uczyć walki! Polsce potrzeba żołnierza,

Co obroni, jeśli trzeba, bez szyszaka i puklerza…

Toż Ojczyźnie trzeba siły i do pracy i zabawy,

By nie deptał polskiej ziemi żaden obcy bez obawy!

Modlę się do Jasnogórskiej: pomóż Matko, Tyś królowa,

Aby dane było Polsce znów urodzić się od nowa,

By koronny, złoty czepiec wiecznie Orzeł miał na głowie

I, że już na całym świecie, „głupi Polak” nikt nie powie.

Bądźmy dumni żeśmy Lachy, bo dziejowy nurt tak sprawił,

Żeśmy zawsze kark prężyli. Bóg Ojczyźnie błogosławił:

Na papieskie wyniósł trony krew z krwi naszej, ciało z ciała!

Spójrz Narodzie: Twoim dzieciom nawet w niebie mir i chwała!

28.06.2006 r.

2316

---

ANDRZEJ AROKIS

www.domowezwierzadko.blogspot.com

kwatermistrz@poczta.onet.eu

Zdrowie... A bo to wiadomo czy jest?..

Autorem artykułu jest AROKIS



Będzie kilka wypróżnień na temat zdrowia lub około (zdrowia, nie wpróżnień - uścislając). Moje zdrowie polega na unikaniu niezdrowień i innych takich, co robią w brew - w poprzek zdrowiu. Tak już mam, że ciągle mnie dopadają różne takie, którym należy się odpór. Ale co się napatrzyłem. O,ho, ho, albo i bardziej!

Limeryk o tzw. "narciarzu"

Gdy był chory, przed zabiegiem,

Że jest zdrowy wszystkich mamił:

Raźno przebierał nogami.

Po zabiegu, zamiast biegiem,

Ciągnie po ziemi kapciami.

17.03.2006 r.

1632

//

CZEKAM NA OPERACJĘ

Panie mój. Wesprzyj mnie w chwili,

Gdy strach ból mój przerasta

I choć wybyłem z gniazda

Chcąc, by mnie tu położyli,

To teraz odwagę tracę

I czyny życia rozliczam,

By czasem nie odejść z niczym –

Bo wtedy za karę tu wrócę.

A ja tak nie chcę tej klasy

Znowu i znów repetować

I czasu Panu zajmować

Pośród ważniejszych spraw masy.

Dziś sam się zdecydowałem,

By bronić to życie święte –

Ciało chorobą przygięte

Ratować – więc podpisałem.

W modlitwie teraz ma wiara,

Że spełni się zamysł lekarzy –

Ty, Panie, to zauważysz

I nie zatrzymasz zegara.

17.03.2006 r,

1654

//

CUKROWA DIETA 1500 KCAL

To dieta wypisz – wymaluj

Jakby „u nasz we w szpitalu”.

Rano wodozupka z mleka,

Obok gorzka kawa czeka,

Potem kromki trzy nie duże,

Masła ciut i jajko kurze

Na twardo ugotowane,

Ze skorupy nie obrane.

Tyle tego na śniadanie.

A na obiad co dostaniesz?

Wnoszą! Troszeczkę zupiny

W niej pływające jarzyny,

Potem jest jak ping-pong klopsik

Drobiowy plus wodny sosik

(Czasem klopsik jest gnieciony

Częściej jednak utoczony),

Obok leżą trzy ziemniaczki

I jarzynka – znów buraczki.

Kompotu się nie serwuje,

Bo go kuchnia nie gotuje,

Gdyż jak on do trzewi wchodzi

Bardzo na finanse szkodzi.

A w ogóle to cukrzyki

Same są jak kompociki.

Kranówka - skol’ka ugodna -

To taka diety forma wygodna…

Jeszcze trawi twój żołądek

A tu już z kolacją spodek!

Mała kostka sra białego,

Mikro – dżemik jest do tego

I plasterki trzy wędlinki,

Dwie kromeczki do tej szynki

I masełko też dostaniesz

Tyle, ile na śniadanie,

I, by było już po sprawie,

Herbatka w kubek po kawie.

Tak. Już starczy tej rozpusty,

Bo się staniesz zbytnio tłusty.

Taka dieta jest cukrzyka,

Gdy w szpitalu go zamykasz.

A jeżeli ktoś głoduje

Niech rodzina go futruje

I pakuje do lodówki

Ciasta, zupy i parówki.

17.07.2006 r.

1857

---

ANDRZEJ AROKIS

www.domowezwierzadko.blogspot.com

kwatermistrz@poczta.onet.eu

ŚWIĘTA BOŻGO NARODZENIA

Autorem artykułu jest AROKIS



Właściwie nie ma co gadać. Jest jak jest i tyle. Ale będzie Świątecznie i na zimowo. Ma być min 150 znaków, no to dawaj.................I jest.

MINIATURKA WIGILIJNA

Aniołowie wyśpiewują,

Śmierć i Diabeł Pana sławi,

Dzieci chórkiem kolędują,

Babcia wszystkich błogosławi.

24.12.2010 r.

1813

//

WIGILIA PO POLSKU

Już na niebie gwiazdka świeci,

A pod kuchnią ogień huczy.

Pod choinką siedzą dzieci.

Kotek na kolanach mruczy.

Taty jeszcze nie ma.

Kręci się po kuchni mama.

Lampki na choince świecą.

Co rok Wilia taka sama.

W radio już kolędy lecą.

Taty ciągle nie ma.

Nagle! Wchodzi! – Jest, kochany! –

- Gzie prezenty? – Puste ręce?...

- Boże! Jakiś ty pijany… -

Tata zamknął się w łazience.

Dzieci stoją w rzędzie.

Mama w oczach swych łzy niesie.

Lampki wszystkie wyłączone.

Zasnął tata na sedesie.

Dzieci w łóżkach pokładzione.

Taty dziś nie będzie

01.12.2008 r.

1434

//

MINIATURKA O BRAKU ZIMY

Deszczcz nie pada. Słońce świeci.

Każdy pyta: Gdzie ta zima?

Bo tylko wiatr liśćmi śmieci.

Takiej zimy nie pamiętam.

I to może nie jest głupie:

Jaka zima – takie Święta –

Będą więc frytki w ketchupie.

04.12.2001 r.

2134

---

ANDRZEJ AROKIS

www.domowezwierzadko.blogspot.com

kwatermistrz@poczta.onet.eu

czwartek, 17 listopada 2011

Starość i jej postrzeganie

Autorem artykułu jest AROKIS



Przeczytałem na Onecie publikację, w której młoda (chyba) osoba wypowiadała się negatywnie na temat ślubu dwojga ponad siedemdziesięciolatków. Zbulwersowały mnie określenia "obrzydliwość", "wstrętne" itp. Bo to taki stary z taką starą!?! Komentarze były raczej "za" i nie popierały tez artykułu, ale jak się trafił "przeciw", to...

... to, dziękować, że się obyło bez wulgaryzmów, bo wypowiedzi były na granicy. Zastanowiło mnie skąd tyle nienawiści do starych ludzi, którzy nadal chcą (bo MOGĄ!) korzystać z życia takiego, jakie im ofiarowano. Nietolerancja i brak wyobraźni, czy zwykla głupoto-ślepota? Toż miłość jest podobno najpięknięjszym uczuciem, a może i najwyższym! A szacunek, a pożadanie, a uległość, a wierność?? Co?! To tylko atrubuty młodych?! Tak? A ta młodość, to, proszę ja Was Młodych, to do ilu lat, a potem już nie? Jest limit? Potem to won!? Na śmietnik? Do lamusa? Na strych? Do grobu? A zegar tyka. Wszystkim. Wam też. Nie możecie, młodzi, odbierać nam, starszym, prawa bycia nadal ludźmi. Człowieczeństwo jest bowiem wspólne. Wczoraj ja też byłem młody, dziś jestem już stary, a jutro ty też będziesz staruchem dla następnych młodych. Nie ma siły!! To się nazywa przemijanie pokoleń, ty młoda durnoto! Och, sorka! Chciałem powiedzieć: ty bzdurnie młoda młodości! Takie było przejęzyczenie starego starucha. Pewnie eklerka... Nie mylić ze sklerozką...

I z tego urodził mi się ten wiersz, bo czasem poezja jest w stanie dotrzeć tam, gdzie nie dociera tzw. "dobre słowo".

Staruch

Ktoś mi powiedział, żem jest człowiekiem

Zanim wiedziałem o tym sam,

Me człowieczeństwo nie wiąże się z wiekiem -

Czuję, że jestem. Mam co mam.

Nie ma wieczności. Każdemu przemija,

Gdyż zegar wiąż liczy mu czas.

W przeszłość się ciągle nić życia nawija -

Byliśmy. I już nie ma nas.

A w środku brak zmian i ciągle jam młody

I marzę, i nowy mam plan.

Me siwe włosy to nie są przeszkody,

By znów się zakochać. Bez zmian,

By śmiać się i tańczyć, pieścić w pościeli,

Choć lat ma też tyle co ja,

I nadal w sercu mam to cośmy mieli,

Co z życiem każdemu Pan dał.

Że obrzydliwe? Ty śmiesz mi to mówić?!

Bo ona tak stara, ja dziad?

Tak. Lecz sam nie możesz tego odwrócić –

Gdyż twój czas i mój – ten sam kat.

Bo przyjdzie do ciebie, młody człowieku,

Dożyjesz, to masz to na bank,

Że zdasz sobie sprawę ze swego wieku.

Kiedy? Jak strzał szybko: Bang! Bang!

A w środku ty ciągle będziesz tak młody

I będziesz przewracać chciał świat.

A ona, choć siwa, cudnej urody –

Tyś dla niej jej Heros i Chwat!…

Działasz. Jej krzyk ci ekstazą dziękuje…

Toż każdy o tym marzy chłop.

Młodości głupota wiele popsuje,

A brak tolerancji to kłop-

-ot, kiedy nie dotkniesz, sam się nie sparzysz -

Otrzymasz nauki ten znak! -

Toż nigdy wieku człowieka nie zważysz,

By sądzić, co: „nie” jest, co: „tak”.

Ech, głupia młodości. Kochaj bliźniego.

Szanuj wiek i uczucia,

Bo już za chwilę do życia twego

Plunie ktoś inny bez czucia.

13.11.2011r.

0238

Bo starość, choć nie udała się Panu Bogu, dopadnie nas wszystkich. No, chyba, że ktoś ma "szczęście" zostać wypadkowiczem... Oby tylko utłukło na amen, co się nie zawsze udaje. Czego sam jestem przykładem, o czym zawiadamiam tych, co im się nie podoba zbyt długie życie innych.

---

ANDRZEJ AROKIS

www.domowezwierzadko.blogspot.com

kwatermistrz@poczta.onet.eu

sobota, 12 listopada 2011

Jak mniej czyścić kurnik i poprawić zdrowie kur z tego powodu?

Autorem artykułu jest Pracownia Permakultury



Zacząć trzeba od tego, że brud to pojęcie względne. W przeszłości właściwie tylko dzięki niemu kury mogły w ogóle przeżyć zimę...
Artykuł poświęcony jest pewnej metodzie, która może poprawić komfort i zdrowie zwierząt zimujących w pomieszczeniach...

...zmniejszyć koszty ogrzewania, nakład pracy na utrzymanie pomieszczeń dla zwierząt oraz wytworzyć materiał, który będzie można użyć później do nawożenia roślin w ogrodzie czy na większa skalę na polu. Krótko pisząc spełnić kilka pożytecznych funkcji naraz, czyli to co permakulturnik lubi najbardziej. Wpis odnosić się będzie głównie do kur, choć metody tu wspomniane odnoszą się w równym stopniu również do świń. W mniejszym także do zwierząt roślinożernych (kóz, krów, owiec).

Metoda ta opisywana jest przez niektórych zachodnich (zwłaszcza bardziej "ekologicznych") hodowców kur, jako największy "kurzy" wynalazek XX wieku. Ta metoda to trzymanie zwierząt "na głębokiej ściółce" (z ang. deep litter). Czyż nie prawda, że brzmi ekscytująco i rewolucyjnie? ;)

%C5%9Awinie+na+g%C5%82%C4%99bokiej+sci%C3%B3%C5%82ce
Świnie trzymane na głębokiej ściółce. Zdjęcie dzięki uprzejmości Wikipedii.

W klimacie umiarkowanym musimy (a przynajmniej w chwili obecnej jest to najbardziej ekonomicznie opłacalne) przez pewien czas w roku trzymać większość zwierząt w zamknięciu. Mimo wszystkich korzyści zdrowotnych, jakie zwierzętom niesie wypas pastwiskowy, strata energii, jaką niesie ze sobą przebywanie przez dłuższy czas zimą na dworze jest nie do przecenienia.

Takie kury co prawda latem również spędzają sporo czasu w kurniku (nocą), ale zimą czas ten wydłuża się dużo bardziej - często, gdy jest kiepska pogoda kury nie wychodzą z kurnika przez kilka dni (w tym momencie pomijam fermy przemysłowe na których kury w ogóle światła dziennego nie widza).

Powoduje to proporcjonalnie zwiększenie ilości procesów fizjologicznych, które zachodzą wewnątrz kurnika... Jednym z tych procesów fizjologicznych jest wydalanie. Dla nas oznacza to, że zimą kury produkują więcej kurzeńca - skoro więcej wydalają w kurniku to i logiczne jest, że więcej mamy tego silnego, "gorącego" (bo bogatego w azot i szybko działającego) nawozu. Ma to swoje zalety np.

-Możemy więcej upraw nawozić - Pan Jacek z Boskiej Woli opisał na swoim blogu, że chów alkierzowy (zwierząt w zamknięciu) to jeden z podstawowych mechanizmów jaki umożliwił powstanie płodozmianu i zaniechanie mało wydajnej trójpolówki.

-Nawóz skoncentrowany jest w jednym miejscu - nie musimy biegać po podwórku z szufelką i zeskrobywać z ziemi, jeśli chcemy małą ilością tego "dobra" zasilić rośliny.

-Kury (czy inne zwierzęta) nie niszczą zimą pastwiska, o co przy wysokiej obsadzie zwierząt zimą nie trudno - ruń pastwiskowa przecież zimą się nie regeneruje a wilgotna ziemia bardzo jest podatna na ubijanie..

Zwiększony czas przebywanie kur w kurniku ma jednak również swoje minusy:

-Kury skoncentrowane są na małej przestrzeni co może wpływać negatywnie wpłynąć na ich zdrowie...

-Niedobory wit. D - Jeśli nie suplementujemy jej w paszy (co przejawiać się będzie gorszą jakością jajek i mniejszą odpornością kur).

-Co chyba najważniejsze częstsze sprzątanie kurnika, obowiązek, który trudno uznać za przyjemny.Jak już wcześniej napisałem głębokie ściółkowanie (w kurniku) może poprawić komfort nasz i zwierząt...

Co to jest głębokie ściółkowanie?

Głębokie ściółkowanie to po prostu ściółkowanie dużą ilością materiału do ściółkowania. Dużą ilość określa się, jako minimum 20 cm i więcej - nawet do 1 czy 2 metrów! W pewnym momencie (np. raz do roku) zwykle będzie trzeba wybrać część materiału, gdyż poruszanie się w takim kurniku (czy chlewie) może być utrudnione lub ilość przestrzeni życiowej dla zwierząt zbyt mała.

Gdy ściółka w takim kurniku zużyje się - nie będzie mogła chłonąć już więcej odchodów, będzie wilgotna lub w kurniku będzie śmierdzieć amoniakiem to ściółki tej nie wyrzuca się z kurnika, tylko dodaje nowej - na wierzch. Alternatywnie, gdy mamy już grubą warstwę przerobionej głębokiej ściółki można wierzchnią warstwę "zeskrobać" i rzucić w kąt kurnika by wyschła. Zwykle przed dodaniem nowej warstwy ściółki podłoże (zużyta ściółkę) zasypuje się również wapnem gaszonym (wodorotlenkiem wapnia - Ca(OH)2 ). Stosowanie wapna ogranicza rozwój bakterii chorobotwórczych i sprawia, że zwiększa się chłonność podłoża. Na wierzch rzuca się nową ściółkę i lekko miesza się ją z wapnem.
Ile wapna stosuje się na 10m2 kurnika? Jednorazowo od 5-8 kg wapna. Lub około 0,5 kg na kurę nioskę. Zwykle stosuje się je co 2-4 tygodni. Minusem stosowania wapnia są większe straty azotu. Możliwe, że dobre efekty uzyskałoby się stosując mączkę bazaltową. Niektórzy hodowcy amerykańscy nie stosują w swoich głęboko ściółkowanych kurnikach żadnego wapna.

Czy ten sposób trzymania kur oraz innych zwierząt nie jest niehigienicznych i niezdrowy dla zwierząt? Co z bakteriami, pasożytami i innymi patogenami?

Nie, tego typu sposób trzymania kur nie jest niehigieniczny. W latach 40 ubiegłego wieku przeprowadzono doświadczenie. Polegało ono na pomiarze śmiertelności kur w zależności od tego jak postępowano ze ściółką. W roku 1946 rozpoczęto użytkować kurnik. Przez pierwsze trzy lata, gdy regularnie usuwano zużytą ściółkę i rozkładano nową śmiertelność w kur wynosiła 19%. Było (następujących po sobie) 10 grup kur składała się łącznie z 18000 kurczaków (odchowanych od 1 dnia życia na fermie). W ciągu następnych trzech lat, w których przestano usuwać ściółkę wyhodowana na tej samej fermie 10000 kur a ich śmiertelność wynosiła 7%. Zanim zaczęto stosować głębokie ściółkowanie rzadko kiedy w jakiejś grupie nie dochodziło do ataku kokcydiozy (choroby spowodowanej pasożytniczymi pierwotniakami). Po wychowaniu na głębokiej ściółce co najmniej dwóch grup kur nie było z tą chorobą żadnych zauważalnych problemów.

Przyczyn tego zjawiska jest kilka:

Najprawdopodobniej przebywanie kur na "starej" ściółce narażało kury już od małego (1 dnia życia) na małą ilość kokcydiów (i innych chorób) dzięki czemu kury nabywały odporność.

Kolejną prawdopodobną przyczyną lepszej odporności kur na dojrzałej głębokiej ściółce jest "większa dojrzałość" ekosystemu ściółki. Podobnie jak pierwotne lasy są bardziej odporne na presje szkodników niż grunty orne. Wynika to z racji tego, że w starym lesie jest więcej różnorodnych połączeń między poszczególnymi organizmami. By wytworzyły się te wszystkie korzystne połączenia (w lesie jak i ściółce) potrzeba oczywiście czasu, w którym ściółka (lub przynajmniej jej część) nie będzie ruszana. Intuicyjnie każdy wie, że nawet wielogatunkowy młodnik w lesie ustępuje pod kątem bioróżnorodności obszarowi Białowieży o podobnej powierzchni co wspomniany młodnik.

Nieruszana ściółka w kurniku to przykład ekosystemu detrytusowego, w którym nie zachodzi produkcja pierwotna (czyli fotosynteza lub chemosynteza). Inne przykłady takich ekosystemów to część ciemnych jaskiń (czyli nie zachodzi proces fotosyntezy, bo i jak bez światła?), w których podstawą łańcucha pokarmowego są np. odchody nietoperzy. Mimo, że nie ma roślin, to bioróżnorodność w tego typu miejscach jest naprawdę niesamowita!

Co się niejako wiąże z poprzednim powodem, dla którego na głębokiej ściółce kury mniej chorują to fakt, że w takiej ściółce zachodzi proces kompostowania. Proces kompostowania to tlenowy rozkład materii organicznej przy udziale organizmów żywych. To co się dzieje w kompoście to prawdziwa wojna o przetrwanie. Kompost wprost tętni życiem. Jeśli jesteś jakimś "zwykłym patogenem", który czeka sobie w ściółce to ma się pecha. Organizmy "nieruchome" i nieposiadające skutecznych mechanizmów jak przetrwać w takim środowisku padną najprawdopodobniej ofiarą jakiegoś innego organizmu, który żywi się takimi "ciapowatymi" organizmami jak kurzy patogen. Czy oznacza to, że ani jeden patogen nie przetrwa? Oczywiście, że tak nie jest. Nie w tym jednak rzeczy by nie przetrwał ani jeden patogen, tylko by nie został przekroczony próg zjadliwości dla danego patogenu (ilości bakterii/wirusów/pierwotniaków, która wywołuje chorobę). Przekładając to na bardziej przyziemny przykład... Człowiek może połknąć 1 pałeczkę Salmonelli i nic mu nie będzie, jednak jeśli spożyłby 100000 to już może być to problem. Podobnie można współżyć seksualnie z osobą będącą nosicielem wirusa HIV i się nie zarazić. Zwłaszcza mężczyzna odbywający stosunek heteroseksualny ma mniejszą szansę zarażenia mimo bycia wystawionym na działanie tego wirusa. Drugi, trzeci czy czwarty stosunek seksualny może jednak okazać się dla tego lekkomyślnego lub nieświadomego mężczyzny tragiczny w skutkach. Mała dawka patogenów jest nawet bardzo pożądana by pobudzać układ immunologiczny (odpornościowy).

Czy są jeszcze jakieś inne korzyści ze stosowania głębokiego ściółkowania?
Tak, po pierwsze wspomniałem, że gdy stosuje się głębokie ściółkowanie to również zachodzi proces kompostowania (raczej powoli, ale jednak). Skutkiem ubocznym a czasem i głównym "plonem" procesu kompostowania jest wytwarzanie ciepła. Zatem taka głęboka ściółka podwyższa temperaturę w kurniku - co zwłaszcza zimą, jesienią i wczesną wiosną jest bardzo pożądanym zjawiskiem.

Kolejna korzyść związana ze stosowaniem głębokiego ściółkowania również wiąże się z procesem kompostowania a konkretnie z organizmami, które tego dokonują - m.in. dżdżownice i inne "robaki". Kury mogą wyjadać je ze ściółki, czym zmniejszają swoje zapotrzebowanie na paszę, co oznacza również mniejsze koszty dla nas jak i środowiska. Sam fakt, że w tym "brudzie" kury mogą znaleźć różne smakołyki do zjedzenia oznacza, że mogą przetrwać spożywając niepełnowartościową paszę np. nie zawierającą wszystkich aminokwasów egzogennych, tłuszczu lub chociażby witaminy B12 (brak produktów pochodzenia zwierzęcego lub bakteryjnego). Głębokie ściółkowanie to technika szczególnie użyteczna w ciężkich czasach (wojna, głód, katastrofy naturalne...), gdy możemy mieć problemy ze zdobyciem paszy dla kur zawierającej komplet aminokwasów. Pośrednio pokazuje to jak ważne w diecie kur są produkty pochodzenia zwierzęcego, lub z drugiej strony patrząc jak "nieoptymalne" jest karmienie kur czy innych zwierząt ziarnem.

%C5%9Aci%C3%B3%C5%82ka+a+waga+kur
Tabela obrazuje wyniki eksperymentu przeprowadzonego na 3000 kurach w roku 1947. Badano jak miał się przyrost masy w zależności od tego jak karmione były kury i na jakiej ściółce je hodowane. Oznaczenia użyte w tabeli:
Nowa głęboka oznacza głęboką ściółkę, która była zakładana podczas pierwszego dnia eksperymentu. Stara głęboka oznacza ściółkę, która już była używana przez inne kury w pierwszym dniu eksperymentu. Świeża oznacza, że ściółka była nowa i wymieniana co 2 tygodnie. Dieta pełnowartościowa oznaczała dietę zawierającą mączkę z lucerny. W diecie niepełnowartościowej nie było suszonej mączki z lucerny. Waga osiągnięta w 12 tygodniu hodowli (doświadczenie przeprowadzone ponad pół wieku temu, dziś tempo wzrostu brojlerów jest dużo szybsze). Funt to około 0,473 kg. Zwróć proszę uwagę na dobre przyrosty masy ciała i niską śmiertelność kur na starej, głębokiej ściółce. Niezależnie od diety.

Ostatnią korzyścią ze stosowania głębokiego ściółkowania jest posiadanie w kurniku zapasu dojrzałego kompostu - wystarczy odgarnąć z wierzchu warstwę świeżej ściółki a pod spodem będzie roczny (czy kilkuletni) dojrzały kompost - bez specjalnego przewracania czy dodatkowego wysiłku z naszej strony. Wartościowe substancje nawozowe nie zostaną również wymyte, jak to czasem dzieje się z kompostem robionym na zewnątrz.

Jakie materiały są najlepsze na głęboka ściółkę?
Na głęboka ściółkę najbardziej przydatne będą materiały ubogie w azot - dzięki temu więcej odchodów będą mogły "zneutralizować". Kilka przykładów, jakich materiałów ludzie używają do głębokiego ściółkowania kurników czy chlewów:

-słoma

-trociny

-papier

-gazety

-wióry drzewne

-igliwie sosnowe

-suche liście

-skorupy od orzechów (rozdrobnione i z dodatkiem innych materiałów)


Na zakończenie chciałbym jeszcze zaznaczyć, że ze ściółką jest jak z winem i kobietami - im starsza tym lepsza.

Osoby szczególnie zainteresowane tą tematyką mogą przeczytać również artykuł dotyczący komercyjnej hodowli kur w systemie głębokiego ściółkowania. Może to stanowić atrakcyjną alternatywę dla klatkowych ferm przemysłowych. O alternatywnych, za której odbiór można uzyskać nawet pieniądze możesz przeczytać tutaj.

*Drobnym odchyleniem od tej zasady są zwierzęta zapadające np. w sen zimowy. Stałocieplne zwierzęta gospodarcze jednak w ten sposób nie zimują...

---

Wojciech Majda
Pracownia Permakultury